
....a tu z bliska napis, informujący mnie że nie tylko pałeczki są "łelbijing", ale są też ...łyżeczkami do herbaty..! *^__^*

Od lat pijam zieloną herbatę, głównie japońską "sencia" (煎茶). Natomiast gdy jestem zaziębiona mój organizm domaga się 'czarnej'. I jeżeli chodzi o czarną, to też musi być z Chińskiego krzaka, nie z Indyjskiego. Nie mam nic do Indii, żeby było jasne! Poprostu Indyjskie herbaty sa dla mnie zbyt cierpkie, osadzają się na języku i na zębach i, jak dla mnie, są zbyt "perfumowane".
Będąc w Korei można by pomysleć, że skoro od 2000 lat ma 'bliskie' kontakty z Chinami i od ok. 1500 lat z Japonią - "kultura herbaciana" nie jest im obca. Ba! Koreańczycy rónież mają ceremonię herbacianą zwaną 'DARJE' (다례 - 茶禮). Chyba już kiedys wspomniałam o tym, że Koreańczycy wszystko co nie jest mięsem i co można zalać wrzątkiem wrzucają pod znak herbaty (茶). Tak więc stojąc w sklepie przy półce z 'herbatami' mam do wyboru; kukurydzianą, sezamową, imbirową, zieloną z ryżem (bardzo tu lubiana!), żeńszeniową, ze słodkiego ziemniaka, chryzantemową, zieloną zwykłą i jeszcze sporo innych i...na ogół czarnej nie spotykam. Chyba że jakąś 'Darjeeling' czy inna Indyjską, ale nie w każdym sklepie. Owszem, mogę pójść do dobrego sklepu ale cena na moją obecną kieszeń nie będzie zbyt dobra. Dlatego, do tej pory, kupowałam czarną herbatę za 1000 łonów (ok 2,50 ^^) w sklepie DAISO, który jest "pochodzenia" Japońskiego. Można w nim kupić praktycznie wszystko co do domu potrzebne i w dodatku więksość cen jest od 1000 do 3000 łonów. Do tego sklep jest tuż pod moim nosem! Ale od 2 tygodni, (wtedy kiedy zaczęło sie moje przeziębienie) czarna herbata w DAISO zniknęła z półki. Po kilku dniach sprawdzania czy już wróciła na swoje miejsce, poddałam się i zaczęłam "szukać czarnej herbaty w Seulu". I odkryłam jak mało znaczącą rolę ma czarna herbata - przynajmniej w moim okręgu. W większości sklepów poprostu jej NIE MA. Jedna sprzedawczyni gdy ją o 'czarną' zapytałam, uśmiechnęła się pobłażliwie i leniwie odp, że "nie mamy :-)"
W innym sklepie pan najpierw odpowiedział, że "nie", ale zamyślił się na moment poczem pokazał mi... granulowaną herbatę Lipton. O_O
Widząc, że nie "kręci" mnie to, wskazał na okno gdzie stał sobie Lipton w torebkach - juz lepiej, ale Lipton to Indyjska 'czajka'~~~~ do tego 3 razy droższa od tej z DAISO!
Tak więc chorobę przeszłam pijąc rozgrzewającą się 'herbatą' imbirową na przemian z 'herbatą' judzu. Dopiero wczoraj, gdy już chwalebnie powróciłam do chodzących i do YBM, przypomniałam sobie że w pobliżu szkoły też jest DAISO. Poleciałam zaraz po zajęciach i zobaczyłam z 5 opakowań - wzięłam jedno, ale chyba jutro 'na wszelki wypadek' dokupię jeszcze 2!
W Korei zaczęła się porządna jesień, którą nawet czuję w pokoju...
Kiedyś Lia pisała o takim Koreańskim dżemie miodowo-pomarańczowym z którego robi się napój. No więc ten "pomarańczowy" nazywa się "judzia"(유자) od nazwy owocu,(spopularyzowana japońska nazwa owocu "judzu" - ゆず - 柚子) który przypomina cytrynę ale ma nieco inny kształt, kolor bliższy pomarańczy, a w smaku jest czymś pomiędzy + trochę grejpfruta (więcej TU), . Pełna nazwa Koreańska ; judzia cia - czyli herbata z judzi, chociaż w słoiku nie ma ani grama teiny! Zauważyłam, że Hanguk saram (koreańczycy) nazywają herbatą wszystko co nie jest na bazie mięsa~~ Tak też w sklepie nawet można spotkać herbatę z czosnku...jeszcze nie próbowałam, ale napewno ten dzień nastąpi ^__^
Judzię bardzo lubię pić, zwłaszcza na zimno. Ale też bardzo lubię z tego rodzaju herbat imbirową - pycha i jestem potym rozgrzana i gotowa do działania, podczas gdy judzia świetnie gasi pragnienie.
Ostatnio w promocji (2 w cenie 1) zakupiłam 2 słoiki judzi. Zapas na zimę a nawet na początek wiosny mam! 
Moje dwa, duże słoiki judzi :-)
Tak to mnie więcej w środku wygląda - skórki judzi w galaretce miodowej.
Poza niebiańskim smakiem (palce lizać...można też, prosto ze słika też pycha!) jest świetna gdy dopada choroba, albowiem ma duuuużo wit. C.
W Gdańsku w "Galerii Bałtyckeij", są kuchnie świata - jeśli szukać u nas, to tam - polecam!


Wczoraj kupiłam dwie sieroty.
Zielone sieroty.
Stały jako jedne z wielu w REALU - pół biedy w tym, ale ściśnięte jedna z drugą, niepodlane, wysuszone, niektóre gnijące! Rozumiem, że w tak wielkim sklepie trudno zając się każdym listkiem z osobna, no ale rośliny to nie puszka piwa, trzeba trochę zajrzec w liście!!
Kupiłam 2 roślinki z których jedna ma nazwę "mix roślin tropikalnych". Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to że na palecie na której stała Tropicana (dałam jej takie imię) stało z 10 innych kwieatów, bardzo różniące sie od siebie a wszystkie miały tę samą naklejkę "mix roślin tropikalnych" ... Próbowałam znaleźc jakieś info dot. pielęgnacji tych roślin w internecie ale ta nazwa wogóle nie funkcjonuje. Nawet na stronie producenta szukałam, ale jest tam wszystko od kontaktu i adres po najważniejszych klientów, ale o pielęgnacji roślin NIC! (jeśli się myle, proszę mnie poprawić)

Impatiens mix II , zakładam, że to "Niecierpek"

A to "mix roslin tropikalnych", w moim pokoju jest poprostu Tropicaną!
A wogóle to te "mixy" w nazwach, tytułach itp nie podobaja mi się, takie byle jakie - nie wiemy jak zkwalifikować to poprostu MIX. Bleee!!
Zrobiłam trochę zakupów cały czas myśląc o 'kilogramach' na jakie mogę sobie pozwolić przekraczając kolejne stepy na podniebnym wierzchowcu.
Część rzeczy kupię w Shilla Duty free, jak np. kimci, judzia czy czekoladki żeńszeniowe. Dla sióstr kupiłam stylowe pierdółki jak kolczyki, gumki, skarpetki a dla Mamy apaszkę (ostatni hit w Ihła!).
Dla siebie kupiłam mini zestaw maseczek z The Face Shop i inne słodkie wiszące duperele :-)
Mieszkając przez te 3 miesiące w samym centrum Seulu, moja skóra zaczęła dziwnie się "zachowywać".... (wyglądąć). Przez co prawie codziennie chodziłam do sklepów z kosmetykami i kupowałam maseczki. Rzecz w tym, że kupując nawet najmniejszą rzecz, dostawałam dużo różnych próbek przez co wybór kremu był łatwiejszy. (Moja Ziaja dobra na wszystko przestała mi w Korei służyc i podobnie mój podkład Clinique jaki nabyłam na lotnisku w Helsinkach...
). I tak kupiłam nawilżający krem ryżowy z ceramidami (ale ze względu na ceramidy używałam go rzadko, żeby moja skóra nie poszłą na przedwczesne "wakacje" ;-) ) a potem "Calendula" też nawilżający oba kosmetyki w The Face Shop. Ta firma podobnie jak MISSHA i SKIN FOOD są cenowo bardzo do siebie zbliżone i bardzo przystępne, do tego stopnia że nie miałam wyrzutów że zamiast na jedzenie wydaję na jedzenie dla skóry
Kilka dni temu, będąc w Mjong Dong weszłam do MISSHA razem z tłumeme Japonek. Dużo za późno! Jak wróćę do Korei za kilka miesięcy to nawiedzę i MISSHA i SKIN FOOD nieco dogłębniej ^__^
~~
~~~~Krem nawilżający Calendula~~~~
~~

~~
~~ Krem nawilżający z ryżowymi ceramidami ~~
~~

~~Maseczki (maski) z zielonej herbaty i z głębin morza (tej morskiej jeszcze nie próbowałam, ale Hong twierdzi że bdb!!)~~ 

~~

~~~~I mój HIT lutego, maseczka z sukdzihłang. Świetnie odświeża i nawilża, skóra tak jakby była świeżo po spacerku w sercu lasu!~~~~

~~
...
Polecam, aczkolwiek jak wiadomo najlepiej samemu przetestować i dojśc do własnych wniosków.
~~~~~~
W pierwszym wpisie w kategorii 'zakupy' orzekłam, iż "prawie codziennie coś kupuję"
Owszem, było to prawdą do zeszłego miesiąca. Odkąd zaczęłąm na dobre zajmować sie wyjazdem żyję w 'między-czasie, między-świecie'. Więcej mnie w świecie wirtualnym niż realnym. A jeśli czasu mam więcej, przeznaczam go na sen gdyż po stresowym dniu trudno mi zasnąć a obudzić się jeszcze trudniej więc śpięę i śpięęę i śpięęęę... do południa. Przez co ze wszystkim jestem do tyłu a zakupy ograniczają się głównie do spożywczych.
Kiedy ja ostatnio kupiłam moje kochane "zwierciadło" i "Elle"?? Przestałam cokolwiek, poza stronami www, czytać więc i po co kupować?
Od miesiąca jestem w trakcie kupowania pudru, wczoraj nawet poszłam do Douglasa ale - oczywiście - czasu nie starczyło, trzeba było jechać (akurat teraz?!) i załatwiać WAŻNIEJSZE sprawy. (notabene, sprawy nie załatwiłam bo najważniejszego dok. nie wzięłam...! 60 minut w plecy - Douglas już zamknięty)
Od kilku tygodni ,w głowie, robię listę zakupów na wyjazd. A kupować to chyba będę razem z prezentami - 24.XII, bo wtedy przynajmniej będę miała wymówkę na bezkarne łażenie po sklepach (czy się mylę??). Chociaż obawiam się, że w 1 dzień i zakupów do K. i pod choinkę nie uda mi się zrobić... 
Nie wiem, jak zdążę ze wszystkim formalnościami a co dopiero z zakupami!... Jeszcze kilka miesięcy temu 'hierarchia' była nieco inna; 'najpierw zakupy a jak starczy czasu to reszta
...'
Nie ukrywam, że ten mój 'porządek' rzeczy jest mi bliski i przyjazny, niechętnie hierarchię odwracam, aczkolwiek wiem że sporo db może z tej zmiany wyjść.
OK. Puder kupię jutro! I tu, na tym blogu sama siebie sprawdzę, na ile jestem w stanie dotrzymac tak dogodnej i ciekawej do spełnienia obietnicy.
Do dzieła, Gibbonello!
Jadąc do Faterlandu na początku września, zasłyszałam w radiu piosenkę 'inna niż wszystkie'. Oczywiście, każde szanujące się radio nie podaje nazwy kapeli czy też tytułu kawałku. Może i dobrze, bo w takim wypadku należy mocno zadziałać szarymi komóreczkami by zapamiętały jak najwięcej z tekstu i melodii, by potem odśpiewać fragment w empiku...
Ja zapamiętałam fragment "mam 19 lat a na imie mam Lola/ jestem dziewicą..." (i to akurat początek piosenki). Po powrocie do domu(przez ponad 3 dni musiałam nieźle stymulowac pamięć, by ten cenny fragment nie uleciał z katarem) wrzuciłąm tekścik w google, wyskoczył mi youtube (proste!) i teledysk do piosenki "Lola", duetu KASIA i WOJTEK. A potem tylko trochę pomęczyłam ekipkę empikowa by wynaleźli mi płytunię ^_^ "Lola" była wałkowana przez conajmniej 3 dni. Co mi sie w niej podoba? Słowianskość! Bez nacjonalizmu, fanatyzmu - poprostu. Akordeonik i śpiew przypominający trochę zawodzenie Bułgarskich kobiet ( a więc bardzo Słowiańskie :-) ). Cała płyta, rzekłabym, bardzo ogródkowa. (Dużo warzyw i ziemii w rolach drugoplanowych) "Lola" kojarzy mis się z "Chłopami" Noblisty, "Bożą Podszewką" i ogólnie Polską wsią, a na tle 'naszych' narodowych wypocin typu FEEL i beatów rodem z Harlemu, Bronxu czy innej "czarnej" dzielnicy, jest to miłe orzeźwienie ![]:-> ]:->](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile38.gif)
Jeszcze 3 tygodnie temu strona .pl KiW działała... no nic. Kto lubi Kazika, polubi i Lolę. Kazik w żeńskiej inkarnacji 

Prawie codziennie coś kupuję, (niekoniecznie do jedzenia ). Na ogół są to jakieś pierdoły, pierdołeczki ale bardzo przydatne na dany moment, dzień itp. 
Dziś kupiłam pierwszy numer mag. BLUSZCZ. Chciałam koniecznie jakąś gazetkę wrzucić do torby i jakoś to mnie zainteresowało, bo NOWE.
Pobieżnie przejżałam i wygląda jak pomieszanie "wróżki", "Przekroju" (Krakowskiego) i"Charakterów", ale w wersji dla kobiet chcących o drobinę więcej niż to, co o3mują co miesiąc w innych papierkach... (np. spory tu nacisk na literaturę).
W tym numerze piszą: B. Wołoszański, J. Chmielewska, M. Niezabitowska, K. Groniec, H. Pawlowska, J.L. Wiśniewski i jeszcze trochę.
Przód.
Tył (zamiast p. Filutka - Bibi)
Gałązka do bluszczu sięgająca...
niedziela, 21 marca 2010
tyle gości w gaju: 7734

Jestem dla siebie najlepszym sojusznikiem i najsprytniejszym wrogiem jednocześnie.
Studiuję Orientalistykę i nie mam zamiaru na tym kończyć!
Bogate plany na przyszłośc? - A jak!!
^_^
Pochodzę z Gdyni, ale pomieszkuję w Seulu. Ten blog jest o tym wszystkim co jest w Polsce i Korei i tym co po drodze i dookoła. Zapraszam do czytania i komentowania ^_^
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: