Bloog Wirtualna Polska
Są 1 254 942 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Przeprowadzka!

wtorek, 23 kwietnia 2013 7:51

 

 

 

Wreszcie znalazłam okazję by zmienić blogowisko.

Zapraszam na nowy adres;

 

 

 

http://ask-the-mountains.blogspot.kr/

 

 

 

 

serce


Podziel się
oceń
3
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

owcowanie z przyrodą

czwartek, 01 listopada 2012 15:30

 

 

 

 

 

 

 

Wyprowadziłam się z Seulu pod koniec zeszłego roku. (Wywiało mnie do bardzo wietrznej zimą okolicy) Mieszkam bliżej miejsca pracy i dalej od stacji metra, a metro jest kluczowym środkiem transportu w miastach przylegających do Seulu. (pod nosem mam przystanek autobusu expresowego, który kosztuje dwa razy tyle co metro a w pewnych godzinach dnia na ogół 40 minutowa podróż do Seulu może zamienić się w ponad 1,5 godzinną) Ile razy mam sprawy do załatwienia w stolicy człapię do metra na które punktualność, szybkość i niezawodność  zawsze mogę liczyć. Ze względu na te odległości do pokonania i wypełnione dni pracą, prowadzeniem domu i rozwojem samej siebie (koreański, pilates, fitness, poszerzanie wszelakich horyzontów i ważny relaks by nie zwariować) rzadko opuszczam granice mojego habitatu...

 

 

Dawno nie widziana koleżanka zmobilizowała mnie do spotkania w moim ukochanym HD (Hong-De). Zaprowadziła najpierw do restauracji w której zaserwowano nam soki, lody i sałatkę owocową w ramach gratisu (!) a potem zabrała do wspomnianej wcześniej kawiarni...owczej. Tak! Owczej! Beeee-ee-ee~~~ Nie wierzyłam póki nie zeszłam schodkami w dół, od jednej z bardziej wartkich ulic HD i nie zobaczyłam dwóch prawdziwych, białych, wełnianych beczek z uszami, na czterech nogach i w dodatku beczących w przerwie od chrupania siana.

 

Można posiedziec sobie przy stolikach przylegajacych do "zagrody" albo jak my (bylo troche chlodno tego dnia) wypic kawe itp w srodku a potem przeczesac rękoma poczochraną wełnę.

Nie bez powodu piszę o tym 1 listopada gdyż jest to nie tylko Wszyskich Świetych ale i Swiatowy Dzień Wegan. (gdyby ktos nie wiedzial, weganie nie tylko nie jedza miesa i ryb ale i żadnych innych produktow pochodzenia zwierzęcego czyli mleko, jajka, maslo, jogurt, wiekszosc makaronow itp itd) Jak dla mnie dzisiejsze swieto koscielne i przypadajacy tego samego dnia dzien wegan jest swietnie dobranym "zbiegiem okolicznosci"

 

 

 

 

 

Na poczatek może powiem ze NIE JESTEM weganką, aczkolwiek poczynilam w ostatnim miesiacu duze kroki ku temu po tym jak przez ostatnich kilka miesiecy podsumowywalam zrobiony "research" na temat zdrowia; naszego ludzkiego, planety i zwierzat. I tu wlasnie widze punkt spojny tradycji koscielnej, jak i samych przykazan, oraz dnia wegan. Wiele naszych bliskich odeszlo "za wczesnie"; wojny, wypadki, choroby. A chorobom tym, a w efekcie przedwczesnej smierci, można zapobiec i uchronic (wyniki badan mowia o conajmniej 80%) , nieraz i wyleczyc właśnie dietą. I nie chodzi tu o dodawanie wiekszej ilosci "dobrych" produktow, ale odejmowanie tych ktore szodza. To co nam szkodzi (a szkoda na nas odbija sie na otoczeniu, przyrodzie i ogolnemu dobrobycie) kazdy chyba wie; tluszcz, cukier, fast-foody sa uznawane za przodujace na "zlej liscie". A gdyby sprobowac wprowadzić małe zmiany jak np. zamiast dwoch łyżek oliwy do salatek dodac jedną, zmniejszyć spożycie miesa w tygodniu o 50%, zamiast dwie kawy dziennie z mlekiem, drugą wypic bez mleka albo wogole, zamiast czekolady z orzechami zjeść orzechy z miodem lub syropem klonowym (pycha!^^), zamiast jogurtu zrobic przecier bananowy z rodzynkami. Alternatywy, substytuty.

 

 

 

 

I nawiazujac znowu do przykazan (bo nie NAkazan i zakazan~) kościelnych; czyż nie powinniśmy DBAĆ o ciało które  nam dano? Czyz nie zalecany jest nam UMIAR w jedzeniu (i piciu!^^), czy aby napewno w każdy piątek nie spożywamy mięsa (szynka i kielbasa to tez mieso!), czy po każdym posiłku nie marnują sie "resztki" jedzenia? Nie jestem w zaden sposob Bogobojna, czy religijna ale probuje uracjonalnić te dwa wydarzenia zawarte w jednym dniu. Ja oczywiście "miłość do bliźniego" i "nie zabijaj" przeciągam nieco dalej, w stronę naszych futrzastych bliźnich... ^^

 

 

 

 

I... na dziś chyba w tym momencie skończę. Napewno nie raz wejdę na ten temat, gdyż chcę się podzielić moimi małymi "odkryciami" oraz zmianami jakie niedawno wprowadziłam i które, po mału, zaczynają dawać efekty... :D

cdn.

 

p.s. no i muszę rozpracować system pisania na ten temat bo określenie "spożywany posiłek" kojarzy mi się z wąsatym kierownikiem pensjonatu HELENA na przdmieściach Kościerzyny, który w 1989 roku w ten sposób określa "meni" zatęchłej stołówki na stołach której znalazły się ozory w galarecie w towarzystwie przesłodzonego kompotu truskawkowego z utopioną muchą.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

31 A

sobota, 30 czerwca 2012 16:39

 

 

 

 

 

 

 

Tak dziś rano wyglądała rzeczywistość za moim oknem. Wreszcie nastał sezon deszczowy w Korei - ja się nie cieszę, ale ogórki - tak!

Deszcz z Korei trafił i do Osaki a potem do Nary, gdzie przmoczył mi kompletnie sandały i popsuł trochę zabawę z sarnami.Tak! Znowu w Japonii. Nie wierzę, że wciąż nie wrzuciłam zdjęć  z marca ale pozwolę sobie wymieszać obecny weekend z marcowo-kwietniowym.

Do zobaczenia!

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

W Korei

środa, 30 maja 2012 16:30

 

 

 

 

 

Zapraszam do (ostatnich godzin!) glosowania na ksiazke Anny Sawinskiej "W Korei".

 

 

Tutaj mozna oddac glos ; http://www.ksiazkanalato.pl/index.php?content=glosowanie

 

 

Na jej blogu fragment ksiazki; http://wkorei.blogspot.com/2012/05/ostatni-rzut-na-tasme.html

 

Tutaj wywiad z autorka; http://ksiazki.wp.pl/tytul,Byc-Polka-w-Korei-z-Anna-Sawinska-rozmawia-Katarzyna-Zielinska,wid,19321,wywiad.html

 

 

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Historia Wiosny

niedziela, 13 maja 2012 17:39

  

 

 

Czy kiedyś pisałam coś na temat „flow”?~ Bo gdy pisałam to byłam świadoma, że „wiosna” niesie ze sobą wirusy itp, ale nie przypuszczałam że WYKRAKAM sobie ponad  7 tygodni kataru, kaszlu i bólu głowy!!

Jest 13maja, i nareszcie czuję , że moje życie wróciło do swoistego status-quo (bez extremy, rzecz jasna!). Jest 13 maja i od ponad tygodnia jest lato i w związku z tym mam doła, bo wiosna gdzieś myknęła nikle i zwiała z wiatrem, a wiatr zostawiła...na moje nieszczęście.

Może zacznę od początku, chociaż nie wiem gdzie ten początek miałby być.?! W lutym (po zaledwie 3 miesiącach w nowym bytowaniu)  podjęłam decyzję o kolejenej przeprowadzce. W marcu (bo wkońcu wiosna!) szukałam odp lokum – i znalazłam. W marcu rozpoczęłam dodatkowaą pracę, która wymaga odemnie wstawania (dzięki Bogu tylko 2 razy w tygodniu!) o 5.30! (O_O??). W marcu także czekała mnie  „business trip” do JPN. W marcu również wiało Czyngisem gdzie i na kogo popadnie a mi z nosa ciągle leciało, głowa mnie bolała i wyglądałąm jak na wiecznym kacu ( i tak też się czułam!) Pod koniec marca poszłam do lekarza – dostałam prochy na 3 dni i 2 zastrzyki. Strach mnie ogarnął gdy na 1 dzień po zakończeniu „kuracji” i na 1 dzień przed wylotem do Osaki symptomy wróciły. Na 3 godziny przed odlotem (chwała Bogu lotnisko miałam 2 przystanki metrem) poszłam znowu do lekarza – prochy na 3 dni i zastrzyk.

W Japonii tak jakby lepiej się poczułam, z dala od stepów Mongolskich i Chin, w cieplutkiej wiosennej (!) pogodzie nareszcie ubrałam nową wiosenną (!) kurteczkę i w martensach z rozdziabionym dziobem w stronę słońca dreptałam po Osace i Narze, tuląc  i klepiąc po główkach jelenie(sarny?). Czułam sie db więc po co mi prochy?! Późną nocą oglądałam MŚ w łyżwiarstwie figurowym popijając zimną herbatę z mlekiem i zagryzająć kit-katami z zielonej herbaty (taki mój standardowy zestaw w JPN...)  i czułam, że najlepsze dopiero przedemną!*^_^*........Gibbonie........, naucz się sprawdzać prognozę pogody...i zawierzać jej...!

W sobotę miałam odbyć wycieczkę marzeń miliona ludzi – Kioto. I odbyłam ją – w deszczu, wichrze i lodowatej temperaturze. W Gion ani jednej gejszy nie widziałam, a zapłaciłam za kolację jakbym jadła ją w towarzystwie tych „mówiących kwiatów”. Jedyne co mi zostało to zakupy – nakupiłam zielonej herbaty w formie naturalnej i czekoladowej tyle, że musiałam dokupić drugą torbę. Następnego dnia, w samolocie, Matka Natura uraczyła mnie swoją wizytą, i jak na złość zamiast porządnego lanczu („konam z głoduuu!!”) dostaliśmy czipsy ryżowe. W wersji mini. -_- W poniedziałek, znowu katar, znowu głowa i jeszcze kaszel. Wrócilam do papierowej torebki z wykupioną receptą. 3 dni lepiej i znów dzień po ostatniej pigułce– wszystko wróciło do „normy”. W aptece kupiłam cokolwiek, co by pozbyło się bólu głowy, a gdyby i mniejszy nos za tym poszedł – to bonus.

Fiasko; Głowa ciągle mi ćmiła, oczy jak nie spuchnięte to łzawiły, dziennie paczkę chusteczek wydmuchiwałam i żyjemy dalej. Do tego jeszcze w pracy ciągle słyszałam o jakimś projekcie, który ciągle dawano mi do wglądu, ale o którym oficjalnie nie zostałam poinformowana czyli nie zostałam przydzielona do „team-u”. W środę przdpołudniem zamówiłam firmę przeprowadzkową na sobotę rano (jedyny termin w owy weekend). Popołudniu zostałam poinformowana (oficjalnie), że w sobotę rano biorę udział w owym projekcie. O_O!!  I co robić?!? Nie mogę przełożyć przeprowadzki na niedzielę, bo wszystkie firmy zajęte a wyprowadzić się muszę do niedzieli do północy. Nie mogę powiedzieć w pracy, że w sobotę nie przyjdę bo wkońcu zostałam poinformowana na ponad 48 godzin przed a pozatym od ponad 2 tygodni wiedziałam co się święci. No i „jest to bardzo ważne przedsięwzięcie!” (no jasne, bo w sobotę!~-_-) Ból głowy nagle się wzmocnił.Ale sięgnęłam w głebiny swej mądrości i pocieszyłam się; NIC NIE TRWA WIECZNIE oraz WSZYSTKO DA SIĘ ZAŁATWIĆ. I to chyba pomogło mi siedzieć w pracy po godzinach, nie zwracać uwagi na współpracowników i dmuchać nos co minutę  ( w Korei spluwać na chodnik można, ale dmuchanie nosa jest wielkim faux-pas), olać niewyspanie, pakować pudła przez pół nocy i dnia następnego po przerzuceniu pudeł do nowego lokum, polecieć prosto do pracy. (Był to 14 kwietnia, a ja dopiero wczoraj rozpakowałam ostatnie pudło i urządziłam się ostatecznie... ? ) Pod wieczór jeszcze musiałam wrócić na stare śmieci, by ...wyrzucić śmieci:)

Cały czas wiało i jednego dnia słońce a potem przez 2 dni lód lał się z nieba. Poszłam do pobliskiego 한의원 (han-yi-łon -  przychodnia medycyny orientalnej). Zostałm z 5 razy zapytana o zabarwienie swoich glutów i rodzaj oraz częstotliwość kaszlu. Zostałam pokłuta w szyję i na twarzy; najpierw igłami z lekarstwem (potwornie bolało, zwłaszcza w okolicach nosa)  a potem  (ćim - akupunktura) w te same miejsca (miałam przez 2 dni siniaka na brodzie!-_-), czerwone światło na stopy a na brzuch położono mi termofor. W ciągu 30 minut mogłam normalnie oddychać, nie dusiłam się kaszlem. Dostałam również 한약(han-jak - lekarstwa) na 3 dni. Drugiego dnia poczułam się jakby ponad 50% mojego ciała wróciło do mnie.

 

 

 

 

 

 

 

to w plynie smakowalo paskudnie, ten proszek natomiast jakby troche miodu w niego wlepili^^

 

 

 

 

 

 

 

Dzień, a nawet drugi,po ostatniej dawce nadal czułam się świetnie. Tak świetnie, że wybrałam się na spotkanie towarzyskie... w potwornym deszczu...i wichrze...czekając w nieskończoność na autobus przemoczyłam  nogi a do domu trafiłam grubo po północy. 2 dni później – powtórka z rozrywki. Wzięłam 1 dzień wolnego, pogramoliłam sie leniwie w łóżku i poszłam do szpitala, gdyż nie tylko chciałam się upewnić czy moje zatoki przypadkiem nie zostały zjedzone przez wirusy ale i z inną, lekko niepokojącą mnie sprawą. Poszłam do bdb szpitala (witamy w Yonsei) i chyba był to ostatni raz... Po pierwsze pani dr wyśmiała moją wycieczkę do han-yi-łonu, po drugie zapewniła mnie że mam chore zatoki i kazała zrobić rentgen który niczego nie wykazał, ale na wszelki wypadek zapisała mi antybiotyki...! Na conajmniej 5 dni! O_O Antybiotyki olałam bo czułam się nienajgorzej. Nie na długo rzecz jasna – kolejny zimny podmuch, kolejny dzień z chusteczkami i tylenolem. Znowu odwiedziłam dziadka w han-yi-łon’ie. Znowu pokłuł mnie boleśnie, znowu oświecił nogi czerwonym światłem i dał han-jak na 3 dni i powiedział ogólną prawdę; dużo odpoczywać, pić ciepłą wodę i nie wietrzyć się w zimne dni. Tym razem dłużej zajął mi powrót do 90% zdrowia, ale zabroniłam sobie chodzenia po lekarzach i aptekach a nakazałam sobie spać ile wlezie, chodzić w kurtkach, czapkach i szalikach nawet w słoneczne dni i co noc spać z 2 butelkami gorącej wody i w grubych skarpetkach. Jakoś dni leciały coraz znośniej, chociaż cały czas miałam skórę na nosie mocno zdartą. I jakoś nagle przyszły gorące dni (ja twardo z kapturem na głowie, grubą apaszką na szyi, w długich spodniach i z gorącym tumblerem w pracy) i z dnia na dzień było zemną coraz lepiej. Ogólnie czuję się bdb, tyleże nawet dziś zakasłałam grubo i parę razy dziennie zdarzy mi sie sięgnąć po kilka chusteczek na raz.

 

Ale jest nadzieja, póki gorąco.

^^

  



 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Piechotką po Tsuszimie cz 2 -" Świat jest mały a Tsuszima jeszcze mniejsza "

czwartek, 22 marca 2012 8:59

 

 

(blogowanie ostatnio nie idzie mi najlepiej...)

 

 

 

Wczesnym ale już ciemnym czwartkiem zaparzyłam zieloną herbatę i zapakowałam się pod wielką kołdrę puchową spod której oglądałam mega długi program edukacyjno-rozrywkowy o Noworocznych zwyczajach japońskich. Czy makaron soba je się w wigilię Nowego Roku czy pierwszego dnia? Kiedy robi się porządki noworoczne? Jakie owoce wchodzą w skład stroika na drzwi? Jaką symbolikę zawiera kartka noworoczna i jak, oraz co, należy na niej pisać? Co się je podczas pierwszego posiłku w Nowym roku, w jakiej kolejności i kto pierwszy w rodzinie podnosi pałeczki? Itp itd Po 2,5 godzinach przełączyłam kanał...Kolejny kanał kolejna "japońskość" tym razem w wykonaniu Takeshi Kitano. Takeshi-san przebrany za licealistkę ( w mundurku), zachęcał gości swojego programu do jedzenia sushi, z których jeden na trzy było ostro-gorzki a druga “zabawa” polegała na ciągnięciu za sznurek, przez co na któregoś z uczestników (albo I na pociągającego) spadał wielki, blaszany garnek… (mam nadzieję, że wszyscy byli ubezpieczeni~). Zgasiłam światło na długo przed północą i zasypiałam w wielkiej ciszy z kojąco dzikim pogłosem pisków wielkich ptaszysk – które na noc milkły po to by ogłaszać świt o 7 dnia następnego . Poczułam się znowu jak człowiek.

 

 

 

 

30 grudnia, wczesnym popołudniem, wsiadłam w pusty autobus (tylko 3 dziennie, więc warto nie przegapić) który, górskimi drogami i lasami, w ok 3 godziny dowiózł mnie na drugi koniec wyspy do miasta Izuhara. Izuhara to “centrum” Tsuszimy, z większą ilością ludzi, hoteli, kawiarni i miejsc cywilizacyjnie adekwatnych. Miałam zamiar spędzić noc w świątyni Sejzanji (hostel), ale mnich jeszcze na schodach wiodących do świątyni przeprosił mnie ogromnym uśmiechem mówiąc że przez tydzień mają wakacje. W hotelu w którym się w końcu zatrzymałam zagadała mnie “Recepcjonistka”. Na początku nie wiedziałam o czym mówiła, ale doszło do mnie gdy jej twarz wydawała mi się po paru chwilach znajoma… Ta pani, rano w Hitakatsu, robiła mi śniadanie!... (a popołudniu dnia następnego zawiozła mnie swoim mini-samochodem na terminal^^)

 

 

 

 

Resztę piątku spędziłam na poszukiwaniu gorących źródeł Ariake…nikt nie wiedział o czym mówię. Zgłodniała zamówiłam ryż z jajecznicą a trójka, wesoło gawędzących, panów siedzących obok poczęstowała mnie sashimi  potem skomplementowali mój japoński oraz moje pochodzenie, a także pogratulowali życia w Korei a następnie pomogli w poszukiwaniu innych źródełek (z których “słynie” ta wyspa!!) Jeden z panów nawet udał się na przystanek by sprawdzić mi autobusy wiodące do hotelu w którym ponoć można się wesoło popluskać. Wdzięczna byłam co nie miara!. Autobus wywióżl mnie w ciemny las i…wysiadłam na jakimś nieznanym mi przystanku. Żadnego hotelu w okolicy, tym bardziej źrodeł. Zrozumiałam, że za późno wysiadłam i radź se teraz gibbonie na łonie natury!! Poradziłam sobie – poszłam do szpitala^^ Zagaiłam panów za okienkiem. Ci coś między sobą uzgodnili, 5 razy głęboko skinęli głowami i jeden z nich wychodząc z kanciapki uprzejmie zaprosił mnie do samochodu. …O_O  W każdym innym miejscu na ziemii, w  każdej innej ciemnej dziurze w takiej chwili uciekłabym jeszcze głębiej w ciemny las, ale szybko wyczaiłam, że ten człowieczek oferujący mi “przejażdżkę do hotelu” jeszcze bardziej jest przerażony tą sytuacją niz ja. 5 minut jazdy, i między drzwiami samochodu a hotelem wiłam się w pokłonach jak rodowita japonka! W hotelu rozczarowanie….gorące źrodła? Sauna z basenem dla dzieci! Taka jak w Korei! Weszłam na 10 minut, poogladałam ciemność za wielkim oknem, umyłam włosy i ciało w Shiseido i postanowiłam skontaktować się wreszcie ze światem lądowym.  Przez 20 minut czekałam aż naprawią jedyny komputer w lobby hotelowym… byłam zmuszona pojechać taksówką do swojego hotelu BO o 20 w piątki autobusy już nie jeżdżą! NIGDZIE! (niedźwiedzi się boją czy tych kotów??) W lokalnym markecie w towarzystwie japońskich pieśni folkowych minyo (czyt; minjo) zakupiłam kilka paczek zielonej herbaty, dobry zapas sushi i sashimi, mega przecenione pałeczki z królikami (zmiataj króliku, oto smok nadchodzi!) oraz żelki w formie…kupy (temat bardzo lubiany przez japońskie i koreańskie dzieci- małe i duże~!). Poranną sobotą obejrzałam świątynie.  Banshoin, z majestatycznie długimi schodami, obdarowało mnie omikuji (czyt; omikudzi – czyli wróżba) której jeszcze nie rozszyfrowałam ale na wszelki wypadek zawiązałam na gałązce drzewa (tak się robi ze złymi wróżbami ^^) 

 

 

 

 

Schody w Banshoin

 

 

 

 

sekwoja przy schodach w ㄴ쟈atyni Banshoin

 

 

 

 

Koniec końców, kocham być n łonie natury ale zaczęłam już tęsknić za…skrzynką pocztową (tą elektroniczną) i filmikami z youtube.

Nie wiele mi do szczęścia potrzeba…:)

 

 

czy to jest ten slynny kot z Tsuszimy? (Mara, licze na Twa pomoc ;))

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (21) | dodaj komentarz

Piechotką po Tsuszimie cz 1 ; "Fairyland"

niedziela, 11 marca 2012 13:20

 

 

(drobny poślizg w publikacji. Redakcja przeprasza i życzy miłego czytania:)

 

 

 

 

 

Jeśli szukasz miejsca w którym można odpocząć od ludzi, od pędu życia, od języka i bredni na codzień słuchanych, od samej siebie pogrążonej wiecznie w przymusach cywilizacyjnych a do tego wrzucić trochę wspomnień z harcerskich survivali, wyspa to dobre miejsce. Tak się składa, że jest pewna wyspa należąca do kraju wyspierskiego. Ten kraj to Japonia a ta wyspa to Tsushima.

 

 

 

 

 

 

 

 

Płynąc promem z Pusanu do portu Hitakatsu, na Północno-wschodnim brzegu wyspy, nie dziw się, że będziesz jedyną jasno-oką jakoże ponad 90% turystów zagranicznych na Tsushimie to Koreańczycy którzy albo jadą oglądać wyspę poniekąd w "żałobie" (Tsushima - po koreańsku DEMADO - wieki temu należała do leżącego na Półwyspie Koreńskim państwa Pekdze (po jpn . kudara)) albo by  łowić ryby.

 

 

 

 

 

Straż graniczna (zwłaszcza oficer r.m.) będzie uskrzydlona na Twój bladolicowy widok i wydobywając z czeluści mózgownicy swój zakurzony angielski zapytają, z ciekawości, o rzeczy o które Koreańczyków nie pytają jak np. "łee aa juu furom" (where are you from?). Uprzejmie zapyta czy może zajrzeć do Twojego plecaka ("joo beeg ken aj sii?") i na widok Twoich intymnych należności lekko zawstydzony (lecz z domieszką perwersyjnego błysku w oku) powie "oł, aj sii~"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy już cała szczęśliwa, że jesteś wolna od wszelkich formalności życia i właśnie zaczynasz (4 dniowe~)wakacje,  zaczniesz iść w stronę jakąkolwiek ku wolności, staraj się nie unikać policjanta (którego wzięłaś za natarczywego taksówkarza), który zaraz po Twoim wyjściu z terminalu zacznie z lekkim zakłopotaniem truchtać za Tobą. Poddaj się temu niewysokiemu panu, który z wielką ulgą przejdzie z angielskiego na język koreański i w swoim wielkim notesie ołówkiem odnotuje drobne ciekawostki na Twój temat. Nie bój sie własnej odwagi( czy też arogancji~) i gdy mówiąc że jesteś studentką na koreańskiej uczelni zdradzisz panu jej nazwę (Yonsei University). Twoja szczerość równać się będzie z jego wybałuszeniem oczu oraz wielkim krokiem w tył wraz z zamknięciem wielkiego notesu, i bedziesz mogła już swobodnie i pewnie przemieszczać się po wyspie. Dzięki panu policjantowi dowiesz się również, że dobiłaś do innego portu niż do którego wydawało ci się, że dobijesz...! Ale całe szczęscie to nieduża wyspa no i mamy autobusy (hello, tu JPN XXI wiek!~) . Spragniona kawy i zebrania myśli wejdziesz do najbliższej (i jedynej) kawiarni gdzie do wyboru będziesz miała americano lub… americano. Zamiast mleka - śmietanka. Los okaże Ci przychylność  bo oto w tejże restauracji znajdue się również hotel. Uradowana zostawisz w recepcji tobołki do czasu "check-in" i tylko z plecakiem na 4 godziny znikniesz w pobliskich słoneczych pagórkach usypanych małymi chramami co 3 metry w towarzystwie pisków wielkiego ptactwa wiejącego po bezchmurnym, niebieskim niebie. Radość z bycia zupełnie samej na łonie natury każe Ci poopalać stopy oparte na kamieniu - milutko ciepło. W drodze do hotelu, i zaglądając do lokalnych sklepików, odczujesz przeszywającą ciszę Hitakatsu. Domy są, nawet bloki! A gdzie ludzie?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pyszna sencha (czyt; sencia) hotelowa..:)

 

 

Dnia następnego zauważysz też, że do pełni szczęścia wystarczy wypożyczony na cały dzień rower na którym będziesz z ogromnym uśmiechem pedałować po dolinie Hitakatsu i podglądywać życie rybaków i innych, nie wiadomo czym zajmujących się, ludzi. Zajrzysz to tu to tam, przekonasz się, że nawet na rowerze ucieczki z doliny nie ma bo wokoło albo góry albo woda. Odkryjesz prześliczną plażę z turkusowym morzem, restaurację o nazwie „Momo tarou” (!^^), drzwi domów ze stroikami noworocznymi. Czujesz się niczym nieograniczona, czujesz że TAK mogłabys już żyć do końca swoich dni, znalazłaś swoją małą wysepkę na której możesz oddychać głęboko, schować się w lesie, w górach gdy zajdzie taka potrzeba.

 

 

 

 

 

Przedpołudniowym i pochmurnym piątkiem, przechodząc raz jeszcze pustą ulicą z licznymi cichymi domami, po raz pierwszy pozwolisz zatkać tę ciszę muzyką z mp3. Losowo włączy się "Fairyland" Ayumi Hamasaki i ze łzami w oczach przypomnisz sobie jak ledwie 4 lata wcześniej słuchałaś tej piosenki w domu, w Gdyni, samotnie spacerując po wietrznym bulwarze, pobliskim jesiennym lesie marząc o zbyt dalekiej, nieosiągalnej Japonii. A teraz, sama dreptasz po swojej wymarzonej, sennej i nieochrzczonej wyspie. 

 

 

 

 

 Czyżbyś za czyms tęskniła?

 

 

 

Bojaźń spełnionego marzenia?

 

 

 

 

 

 

 

 

Ayumi Hamasaki - FAIRYLAND

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

cdn

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

2 dni i po sprawie...albo jeszcze ze 2 dni

niedziela, 05 lutego 2012 12:01

 

 

 

Chciałabym przeżyć 4 tygodniowy, nieprzerwany FLOW. Dzisiaj doszłam do wniosku, że właśnie tego mi w życiu najbardziej brakuje, a brak tego bardzo mi doskwiera bo bez flow'a daleko się nie poleci~

Tak mnie wzięło na rozmyślania nie bez powodu. Odkąd pamiętam byłam dość nieodporna na najróżniejsze wirusy krążące od człowieka do człowieka. Zastzryki z pencyliny, czy też innych znanych antybiotyków, z czasem nawet polubiłam. Z przyzwyczajenia. Sporo czasu w latach szkolnych spędzałam w przychodni lekarskiej na Witominie - mój drugi dom! W liceum doszły jeszcze inne przypadłości przez które na ponad 10 lat przywiązana zostałam do pierwiastka(?) chemicznego Fe. I jeszcze parę innych przygód z lekarskimi kitlami na mej drodze miałam. Ogólnie rzecz biorąc cherlawość to moja, tfu!,  silna strona! Tak też się składa, że ile razy jestem zaziębiona to nie mam żadnej seksownej chrypki, tylko spuchnięty i czerwony od wiecznego smarkania nos. Czasem kaszel, gratisowo. Żadnej temperatury, nudności i innych - godnych pozazdroszczenia - symptomów grypowo-zaziębieniowych. I obojętnie ile się faszeruję farmaceutycznymi cudami, na ogół po dobrym tygodniu wracam do grona ludzi, z pozoru, normalnych.

 

Na tydzien przed świętami (nieco ponad miesiąc temu) dostałm (od losu, dar z niebios!) katar. Tradycyjnie sięgnęłam po vit C 1000 jednostek, chrupałam mandarynki, ograniczyłam kawę, piłam oczyszczające herbatki i hektolitry ciepłej wody, aspiryna z witC na noc i...smarkałam coraz bardziej z dnia na dzień. Na nic się  zdały również otrivim, kapsułki witaminowe, cały weekend w łóżku... Po rozeznaniu w pracy i po dyskusjach ze znajomymi, po ponad tygodniu(!) poddałam się i poszłam do lekarza, gdzie miałam nadzieję dostać ten osławiony w Korei (bo działa prawieże natychmiast!) tajemniczy zasztrzyk, który jest zawsze lepszą i szeroko stosowaną opcją. Lekarz zajrzał do nosa, stwierdził zatoki i przypisał porcje prochów na 2 dni. I właśnie o te tabletki rzecz tu się rozbija, gdyż - owszem-koreańskie tabletki pozbywają się świństwa w 2 dni, ale i robią ogólne spustoszenie wszędzie tam gdzie dochodzą. Ale byłam już tak zmęczona tym nosem, że stwierdziłam "trudno, kolejnego tygodnia ze 100 chusteczek wydmuchiwanych w niecałą godzinę nie wytrzymam". I już po jednym dniu , czyli 3 razy po 5 różnych tabletek, poczułam się znowu jak prawdziwe homo-sapiens, z nosem na miejscu i o właściwym rozmiarze. I przyrzekłam sobie, że następnym razem gdy tylko dostrzegę coś nie tak, od razu lecę na zastrzyk. Niestety ku mojemu rozczarowaniu, ten następny raz przyszedł 5 dni temu... W środę wieczorem poczułam się, "niewyraźnie" a po mojemu - "częściowo nieobecna" i w czwartek popołudniu uradowana szybką interwencją poleciałam do lekarza. Pani nawijała z prędkością karabinu maszynowego mieszając koreański z angielskim. Nic nie zrozumiałam a zanim się obejrzałam pilęgniarka klepnęła mnie 2 razy w półdupek i  dostałam 2 zastrzyki, a w rejestracji czekała na mnie jeszcze recepta... z podobną dawką prochów co w grudniu...na 2 dni...

Jest niedziela wieczór, ja drugi dzień praktycznie nie wychodzę z łóżka. Nie jest tak źle jak w grudniu, ale zastanawiam się czemu wogóle musi być "ŚREDNIO"?!?

 

Od tygodnia na basen nie chodzę i w najbliższych dniach też nie pójdę. Potem będzie comiesięczny porządek hormonalny  i tak 2 tygodnie zlecą... Potem znowu trzeba powoli się rozgrzewać i stopniowo nabierać formy, w momencie gdy już wszystko będzie szło coraz lepiej znowu Matka Natura oznajmi przymusowe wakacje, potem początek wiosny więc trzeba się liczyć z jakimś katarem i tak wkoło...Czemu zima (-10 dzień w dzień) nie może trwać 4 miesiące, albo wiosna też tyle - o tyle łatwiej byłoby mi przystosować się do tej zawieruchy sezonowej...

 

To trochę pesymistycznie zabrzmiało, ale pomimo powyższych wyliczeń wierzę, że mój FLOW jest bliski osiągnięcia. Jestem o 1 mały krok od niego. I mimo, iż mówie tak od lat, wierzę że nastąi to w ciągu TYCH  najbliższych 6 tygodni.

 

Wysłuchaj nas Panie!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Blog Roku 2011

sobota, 14 stycznia 2012 17:53

 

 

 :-)

Postanowiłam "wystartować" w konkursie Blog Roku 2011.  Biorę udział głównie z ciekawości i dla samej frajdy konkursowej, to w końcu nie maraton sportowy gdzie zwycięzca jest ewidentny~ ;D

 

Pierwszy raz zgłaszam bloga i po raz pierwszy musiałam "ustawić" blog zgodnie z regulminem...poszło jak poszło, trochę koślawo, ale... zachęcam do wysłania sms o treści D00146 na numer 7122

 

 

 

 

 

Koszt sms: 1,23 zł
 
Głosować można do 19 stycznia 2012

 

serce

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Piesek postanowił blogować...

piątek, 23 grudnia 2011 4:57

 

 

 

 

Może i Was zainteresuje... Przygody Pieska mieszkającego w Gwangju, na dalekim południu Korei :)

 

Yellow Inside

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

mierz siły na zamiary

sobota, 17 grudnia 2011 10:29

 

 

 

 

Chciałam nadrobić zaległości z ostatnich miesięcy. Chyba nie trudno się domyślić, że skoro nie piszę to nie mam czasu bo...poza pracą popołudniami, porannie angażuję umysł do myślenia po koreańsku. Tak, znowu na Yonsei. Daję radę...średnio, bardzo średnio tym razem. Wrzesień okazał się mocno obarczający emocjonalnie i organizm dawał bardzo dziwne symptomy przez co w październiku wylądowałam w szpitalu na najróżniejszych badaniach, które nie wiele pomogły więc nie wiedząc co mi jest brnęłam dalej przed siebie co dnia i, w już ogólnie średnim nastroju, 29 września ze spuchniętym okiem od komarów, spóźniona wpadłam na pierwsze zajęcia. Mocno się zdziwiłam; pierwszy dzień szkoły, pierwszy szok. Dostanie się na uniwersytet z mojego domu na Mokdong ("dzielnica drzew" bez drzew) o poranku zajmuje conajmniej godzinę (mimo, iż według mojego telefonu nie powinno więcej jak 25 minut!~) . Drugi szok sprawił, że po pierwszej lekcji poważnie myślałam o wycofaniu się z kursu. A to dlatego, iż nasza klasa znajduje się w B1, czyli w PIWNICY!! Mamy okienko gdzieś pod sufitem, zakratowane i od północy. Podczas lekcji wyobraźnią poszłam trochę naprzód i pomyślałam, jak to będzie; 10 tygodni, 4 godziny dziennie bez promieni słońca. Jak wytrzymamy do 8 listopada, kiedy to dopiero ogrzewanie będzie działać... Nauczycielka "pocieszyła" mnie mówiąc, iż inne klasy mają zajęcia w B2, czyli jeszcze piętro niżej...! Na Yonsei jestem na 3im poziomie i w tej chwili klas na tym poziomie jest 19, i nie ma jak nas inaczej upchać, w tym dość dużym budynku, jak po piwnicach. Do tego trafiłam do 7 klasy, czyli do "średniej" ( dla porównania, w zeszłym roku na 2 poziomie byłam w najwyższej klasie, 17ej~) to też nie specjalnie mnie ucieszyło. Do tego Aleksiej (z Irkucka) gdy spojrzał  na mnie i usłyszał moje imię zaczął do mnie mówic po rosyjsku...podobnie Elena (z Petersburga), która przyszła spóźniona następnego dnia, spojrzała na mnie, na "wizytówkę" z imieniem przyklejoną do biurka i zaczęła się mnie pytać o jakieś rzeczy w SWOIM języku...Aleksiej przerwał jej mówiąc, że "Ona jest z Polski"... nie lubię, gdy bierze się mnie za Ruską...! I NIE z powodów politycznych!

 

 

Październik mijał, ja zniechęcona swoimi symptomami przestałam chodzić do szkoły, egzaminy półsemestralne średnio poszły (zwłaszcza pisemny! cała klasa poległa na tej częściO_O). Do tego nauczycielka przypomniała nam o przedstawieniu tetralnym, w drugiej połowie listopada. Reakcja klasowiczów była bardzo nijaka i pod tym względem bardzo zgodna pomimo zapewnień nauczycielki, że na konkursie teatralnym  można się uśmiać po pachy. Kto się śmieje ten sie śmieje... Ale któregoś czwartku zebraliśmy się w garść i w multi-bangu, w rytmach K-popu (Szwed okazał się wielkim fanem T-ara i znał całą choreografię do "Roly-Poly" - i nie jest "branżowy"!), zrobiliśmy szkic dialogowy do bajki "7 koźląt i wilk" i teraz trzeba było tylko obsadzic role... Koniec końców, Ja stałam się mamą kozą (!!) i narratorem (O_O), Aleksiej tatą kozłem, Szwed (Patrick) został wilkiem (heheh!), a reszta dziewczątek naszej klasy-Tomoko, Ayaka, Fukumi, Masako z Japonii, Dziemi z Chin, Karlan z USA i Elena z Rosji- koźlątkami *^_^* (Dodatkowo Elena zagrała epizod głosowy mamy wilka~!)

 

Ponieważ nie za bardzo chciało nam się wysilać (niektórzy pracują, inni mają dziewczyny, mężów i ciekawsze zreczy do robienia lub picia...) poszliśmy "na łatwiznę" i postawiliśmy na minimalne dialogi (z praktycznie zerową gramatyką z trzeciego poziomu~) i naturalnie przybyłą dawką humoru. Dodatkowo ograniczenia czasowe (do 7 minut) nie pozwalały na rozbudowanie równie dobrych dialogów idących w parze z dynamiką akcji.  Stwierdziliśmy, że jedyne co możemy zrobić to opanować bardzo dobrze to co mamy. W dzień występu, 17 listopada, nawet przybyliśmy godzinę wcześniej żeby raz jeszcze zrobić próbę i za wczasu przymierzyć różki, które Elena własnoręcznie wykonała.:) Na 19 klas nasz występ był jako trzeci. Z jednej strony dobrze, jeśli damy z siebie wszystko, nie dobrze jeśli będziemy nijacy... Ale już pierwszy występ, klasy o jeden poziom niżej od nas, nieźle nas przestraszył. Zrobili "remake" Alicji w Krainie Czarów, a dokładnie "Alicja w krainie gramatyki Koreańskiej". Szczeny nam opadły! Nie da się słowami ( a już napewno nie po polsku) opisać geniusz scenariusza! Że "bliźniacy" z Alicji świetnie oddadzą charakter "bliźniaczego" podobieństwa gramatyki opartej na wtórnym zadawaniu pytań, że butelka z napisem "wypij mnie" stanie się dobrą powtórką na czym polega "mowa zależna " po koreańsku, a Królowa odzwierciedli wysoce zhonoryfikatyzowaną koreańszczyznę itp. (ja ponieważ opuściłam sporo lekcji pewnych momentów WOGÓLE nie rozumiałam i czułam sie przez moment jak podczas oglądania "Pi" Darrena Aronofskyego.-_-) . Nasza kolej - lekko stremowani ale i podekscytowani, tuż przed wyjściem na scenę jednomyślenie, rzekliśmy sobie 화이팅(fighting!), i zauważyłam przy tym iskrę w oczach Japonek. O ile mogło być to mylące (to w końcu Japonki!), mnie "zaraziło" i uśmiechnęłam się do stremowanego Szweda, któremu ciągle 1 linijka uciekała z głowy, zaklaskałam wesoło i powiedziałam "kadzia" (choźmy!). Scena nie jest moim naturalnym środowiskiem, a czytelnicy tego bloga wiedzą, że jest to moje trzecie wyjście na scenie Yonseiowskiej, więc niby powinnam się już przyzwyczaić. Za swoim głosem nie za bardzo przepadam, o ile uwielbiam tańczyć w klubach o tyle nie czuję się komfortowo w swoim ciele, gdy ponad 200 oczęt ogląda mnie w świetle jarzeniówkowym. Jedyne czego byłam pewna to mojej wymowy koreańskiej. Właśnie dlatego klasa wybrała mnie jako "narratora" Nie ma co się oszukiwać, w koreańskim wymowa jest równie ważna jak gramatyka... Wyszłam  na scenę jak koza (dosłowanie! patrząc na klip, odechciewa mi się patrzeć!), narracja nieźle poszła i poza małym błędem przy "kimchi, i drobnym nieporozumieniem muzycznym  oraz w efekcie zamieszaną linijką Szweda, poszło nam szybko i wesoło. "Za kulisami" Japonki szalały z zachwytu nad naszym koźlim występem. Ja jeszcze byłam w lekkim szoku, po tym jak rąbnęłam torebką o ziemię... Trzeba było teraz odczekać 2 godziny na werdykt. Patrząc na tytuły przedstawień, zapowiadało sie ciekawie (jak np. "przypadki na drugiej linii metra" - temat rzeka) ale...okazało się chwilami meeega nudne, (tylko tytuły były ciekawe) :(. I to tak nudne, że wyszłam z sali...i zjadłam kimbapa :( Wątek chłopców przebranych za dziewczynki po którymś razie już sie przejadł... Siedząc odnosiłam wrażenie, że poszło nam naprawdę dobrze. Nie wcisnęliśmy gramatyki, jak niektóre klasy, ale mieliśmy ruch i dynamikę. 200 par oczu autentycznie się śmiało. Jakoś nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zajmiemy jakiś dobre miejsce. Ze słów Karlan wywnioskowałam, że jeżeli żadna z grup nie zrobi czegoś śmieszniejszego od nas to my zgarniamy pierwsze miejsce. Skąd u niej taka pewność??

 

I moi drodzy czytelnicy, zajęliśmy pierwsze miejsce! ^^ O ile nie mogliśmy w to uwierzyć, o tyle  podczas obiadu przez 2 godziny nawijaliśmy jak to okazaliśmy się lepsi od pozostałych 18 grup. ( Zwycięstwo to niezły banał, który zamydla zmysły).  Prawda jest taka, że pomimo, iz jesteśmy na kursie koreańskiego i chodzi tutaj głównie o koreański, konkurs teatralny to nie egzamin, na którym mamy wyśpiewać całą naszą wiedzę o koreańskim. (od tego mamy łącznie 4 dni w semestzre~!). To ma być przedewszystkim OGLĄDALNE, żeby reszta nie umarła z nudów. Naszym ogromnym plusem okazała się, w miarę możliwości, dobrze zapamiętana choreografia i przez to w miarę orientowaliśmy się a scenie, na której w sumie mieliśmy tylko jedną próbę - generalną, na dzień przed. Druga rzecz to czas, zmieściliśmy się w niecałe 7 minut ("Alicja" zapewne zajęłaby wyższe niż trzecie miejsce gdyby nie to, iż ugrzęzli w swoich czarach na 15 minut!). A po pierwsze, byliśmy dość pewni swoich nie-skomplikowanych ról i używaliśmy własnych głosów przez co nie było plątaniny z kablami od mikrofonów (mi wlepiono do ręki mikrofon, przez co czułam się w obowiązku choć trochę z niego korzystać, bojąc się że został mi dany nie bez podstaw...). Dodatkowo, Szwed okazał się przezabawnym wilkiem, którego publiczność od razy polubiła i również został wyróżniony nagrodą :) A swoją drogą, uważam obsadę za nieco "ironiczną" i z drobnym podtekstem antropologicznym...nie dziwi fakt, że Szwed od tamtej pory czuje się w naszej klasie jak pan na włościach) ;)

 

 

(Jest filmik, ale muszę dogadać się z Masako by mi go przesłała.)

 

 

serce

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Tom Cruise już tu nie mieszka...

czwartek, 24 listopada 2011 13:38

 

 

 

Zeszłej niedzieli nad ranem moje stopy, wystające spod kołdry, zostały obudzone przez pierwszy tej jesieni przymrozek. Zanim wróciłam do moich dziwacznych koszmarów nocnych pomyślałam "nareszcie koniec z komarami!! hehe~"

 

W środę wiadomości TV huczały o pierwszym śniegu w prowincji Gang-łon i przestrzegały o czwartkowym porannym -3 (! O_O). Po powrocie do domu, myśląc co by tu jeszcze zrobic, żeby przypadkiem nie iść wcześniej do łóżka (północ~), zauważyłam coś dziwnego na suficie... Między samodzielnie UBITĄ kolekcją trupów komarzych, ostała się jedna, żywa duszyczka. Z czułością spojrzałam na gryzonia, wiedząc że rano, gdy otworzę okno, jego żywot - siłą rzeczy- dobiegnie końca. Pomyślałam nawet, że jeśli będę dokarmiać delikwenta - nazwijmy go Tomem Cruise (wampiry w końcu db się prezentują~)- może dożyje Bożego Narodzenia, może pobijemy jakiś rekord... :) Mrugnęłam na hultaja, "niech się wyszaleje na mej zielonej tapecie~" i poszłam się pluskać. 

 

Ale kobieta zmienną jest i w ciągu godziny pacnęłam palanta. Wizja porannego spuchniętego oka (bo tylko to wystaje spod kołdry, gdy za oknem chłód) otrzeźwiła mą dobroduszność - trzeba uczyć się na błędach, ponadto jego czas już minął (z wrześniem!!!) a ja muszę wyglądać jak człowiek a nie jak ofiara centymetrowego uskrzydlonego wampira.

 

Dziś rano miałam lekkie wyrzuty sumienia...

 

 Czy słusznie???

 

;-)

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: komary

komentarze (2) | dodaj komentarz

111111

piątek, 11 listopada 2011 19:07

 

 

 

11 listopada to w Polsce Swieto Niepodleglosci, w Korei (i w Japonii) to Peppero day (빼빼로 day -  Pocky day w Japonii). Czyli kształtem przypominające nasze paluszki, ale te koreańskie są słodkie i oblane w czekoladzie. Ze względu na "jedynkowy" kształt peppero, ich "święto" przypada na 11 listopada, - Zakochane parki wręczają je sobie nwzajem ale też wszyscy ogólnie lubiący się wzajemnie ludzie.

 

 

 

po lewej Japonskie Pocky, po prawej Koreanskie Pepero :)

 

 

W tym roku jest Super Peppero bo jedynekrówno  sześć - 111111^^

!!!!

 

Przezornie, przed pójściem do pracy, kupiłam odpowiednią ilość pudełek "peppero". Na moim biurku już leżał mały stosik paluszków peppero, czekoladek, trufli, pralin itp. Wszyscy z uśmiechem wręczali sobie słodkośi, tak jakby miały one osłodzić wszystkie nadgodziny i nad-pracę w pracy~ Szefowa obdarowała nas "Ferrero Rocher" przy okazji pytając mnie czy na Zachodzie te czekoladki są tak samo lubiane jak w Korei, i czy jestem wstanie powiedzieć dlaczego uważane są za takie dobre, bo dla niej to żaden wyjątkowy smak. Dobre pytanie. Ja lubie Ferrero Rocher bo...są chrupiutkie i okrąglutkie *^_^* o!

 

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

polowanie na Czerwony Październik

poniedziałek, 31 października 2011 14:54

 

 

Przez całe lato (wiem, skończyło się nieco ponad miesiąc temu~) nie ugryzł mnie ani jeden komar.  Uważałam, że to zasługa świetnej moskitiery jaką mam w oknach. I nadszedł październik (najpiękniejsza pora w Korei, subiektywna notabene), a dokładnie "Czerwony Październik". Czerwony nie dlatego, że liście na drzewach zaczynają płonąć ale ze względu na sufit i ściany w moim pokoju, na których od ponad 3 tygodni, każdego dnia (a dokładnie wieczorową, nocną czasem i środkowonocną porą) rozbryzguję własną (czasem pewnie i innych ofiar) krew w postaci małych, umiejętnie chowających się, bzykających wampirów. Na suficie 13, na ścianach 12 trupomarów. Mam, wydawało by się, szczelną moskitierę i przed pójściem spać dokładnie oglądam potencjalne kryjówki i ubijam co mogę, a rano itak budzę się ze spuchniętym okiem, prawym, następnego dnia lewym. Innym rankiem widzę w lustrze usta jak po zastrzyku z kolagenu. Innym razem wyglądam jakbym "konkubentowi" za słoną zupę podała... A w lipcu wręcz modliłam się, by już nastał październik. Chciałam to mam~

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

po godzinach

sobota, 24 września 2011 4:47

 

 

 

 

po całym tygodniu pracy, która ostatnio Cię męczy i wymęcza, stresuje samym faktem, że są w niej ludzie, na którą siły ostatnio wogóle nie masz, która wysysa całą Twoją energię (i większość Twojego czasu – również wolnego!), gdy napisanie daty na raporcie Cię przerasta (nie mówiąc już o samym raporcie), po całym takim tygodniu w piątek, gdy kończysz najpóźniej ze wszystkich dni- o 21ej –i gdy szefowa lubi jeszcze uciąć sobie pogawędkę z Tobą o pracy, o życiu osobistym, o koreańskim podejściu do pracy, o Twojej przyszłości itp w taki piątek, gdy do Seulu trafiasz o 23ej, z wielkim tobołem makulatury na plecach, co robisz?

 

Kolacja? Impreza? Spać?

 

 

Chyba powoli zamieniam się w homo-coreanus (?_?). Po wyjściu z metra skierowałam kroki do najbliższej kawiarni, zamówiłam kawę i ciastko i siedziałam przez 1,5 godziny nad koreańskim (językiem, gwoli ścisłości).

 

 

 

 

Może też pochwalę się, że była to moja 4a kawa w tym tygodniu po ponad miesięcznej przerwie^^ od 2 sierpnia do zeszłego tygodnia żyłam tylko na herbacie :D dyscyplina, dyscyplina^^

 

 

serce

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

kolejny upgrade

sobota, 17 września 2011 5:40

 

 

 

 

Rzecz niespotykana, przynajmniej w moim przypadku – łatwiej jest mi się dogadać w banku aniżeli uciąć sobie pogawędkę o niczym z taksówkarzem czy babcią w sklepie. Ale z drugiej strony trudno się dziwić temu zjawiskowi. Do gadki-szmatki potrzeba sporo przymiotników, które zależnie od kontekstu nabierają innych znaczeń, należy też wyczuć ogólny charakter rozmowy i znać podteksty kulturowe aby zrozumieć żart lub nie wyjść na durną, nie znając pewnych przenośni czy powiedzeń.

Banki zawsze mnie przerażały, prawdopodobnie dlatego że matematyka i liczby to był dla mnie koszmar, a do tego przeliczenia i ekonomia itp są dla mnie potwornie nudne (no nuda, no!)  więc i słownictwa bankowego omijałam jak ognia i cokolwiek z tym związane, z góry skazując siebie na niezrozumienie, niezapamiętanie. Aż do czasu gdy przyjechałam do Korei i dorosły świat samodzielności był nieunikniony, nie do ominięcia (dodatkowo Koreańskie podejście do Pieniędzy~). Pomoc znajomych koreańskich jak i Polskich (nasza mała grupeczka^^ zawężona, zacieśnionaJ)  była nieoceniona w życiu codziennym natomiast, gdy przychodził czas na urzędy tj imigracyjny (który zaszczycę swoją Biało-Czerwoną <ostatnio latam bez makijażu> obecnością w przyszłym tygodniu by odebrać nowiutką wizę *^_^* hip-hip-hurra~) oraz banki, kupienie telefonu, komputera no i poczta- w tych momentach miałam siebie i nadzieję, że lekcje (koreańskiego) poświęcone tym tematom nie ulecą z głowy w chwili najpotrzebniejeszej. Dawałam sobie jakoś radę i doszłam do wniosku, że i w bankach czuję sie jak homo-samsungus a nie jak zwykły sapiens... bo w czym tak naprawdę można się pomylic w banku, jesli nie z liczbą? Słownictwo jest niezmienne i jednoznaczne, rubryki zawsze wyglądaja tak samo, pracownicy zawsze używają tych samych formułek podczas rozmów/ transakcji, wszystko opiera się na czasownikach i rzeczownikach, które łatwiej mi zapamiętać gdyż pochodzą z języka chińskiego, a przez to mają swoje odpowiedniki w znakach chińskich, które usprawniają mój proces zapamiętywania. Tak więc kolejny „upgrade” w życiu gibbonowym, tatuś powinien być dumny, rodzina może odetchnąć że NIE zginę śmiercią ekonomiczną ;-)

Z ciekawszych rzeczy, to fascynuje mnie koreańskie „ppalli, ppalli” (o którym chyba już nie raz wspominałam), czyli „szybko, szybko”. Z jednej strony NIE NAWIDZĘ tego podejścia (ja lubię powoli) i w pracy też widzę, że nie daje to zbyt dobrych efektów. Natomiast jeśli idzie o bankowość, to cecha ta jest bezcenna. Pieniądze z banku A do banku B przechodzą w ciągu minuty, pieniądze z Korei DO Polski w ciągu godziny. Pamiętam jak parę lat temu zastanwiałam się dlaczego, gdy wysyłam pieniądze do Korei muszę to robić za wczasu, bo one będą szły do 2 tygodni. Na mój gibbonowy rozum jeżeli coś dzieje się wirtualnie, to znaczy że szybciej niż realnie, więc skąd 2 tygodnie?? Szybciej pociągiem by było!

 

I tu zakończę

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

szpital Busan i urlop

czwartek, 11 sierpnia 2011 16:49

 

 

2 tygodnie temu w piatek, od chwili przybycia do pracy, moglam odczuc niesamowite podniecenie, niecodziennie spotykana radosc. Wkolko slyszalam pytania;  "A Ty gdzie jedziesz? co bedziesz robic? 1 czy 2 dni? zostajesz? " mialam cicha nadzieje, ze nie bede musiala spowiadac sie ze swoich "planow urlopowych" bo wiedzialam ze na tle reszty wyjde na niezla turystke i pudzie (부자 - bogata). Bo oto w calej Korei zaczal sie czas urlopow. Milczalam do wieczora gdy szefowa wreczyla mi "koperte z zyczeniami wakacyjnymi" i uprzejmie powiedzialam, ze napewno jest bardzo zmeczona i kilka dni przerwy napewno dobrze jej zrobia. Odpowiedziala, ze ma zamiar spedzic troche czasu w pustym Seulu. (!) Troche dziwnie mi sie zrobilo, bo gdy glowa firmy jedzie ledwie 30 km poza miejsce pracy to ja z weekendowym wyskokiem do Pusanu (400 km~) kim jestem?? ("OBCYM" podpowiadaja mi reakcje wspolpracownikow "z OBCYMI tendencjami"~).

  

  

Seoul summer Sale with Super Junior, moja pierwsza milosc k-popowa^^

  

Sobotni poranek spedzilam w szpitalu (성모병원 – St. Mary’s hospital) na ogolnym "przegladzie technicznym" (Jest to jeden z moich zaleglych prezentow urodzinowych). Moze dobrze, ze troche zwlekalam z wyborem szpitala (moj timing sie klania, ale tym razem chyba db sie spisal~) gdyz szpital poniekad sam sie wybral, gdy wpadla mi w rece ulotka o Seoul Summer Sale trwajaca do konca lipca. Posrod calej masy sklepow, kawiarn i restauracji (glownie na Myongdong i Gangnam) w "promocji" byly tez najrozniejsze spa i kliniki (Korea jest znana z plastic surgery tourism~~~) w tym i kilka szpitali oferowalo znizki na pakiety zdrowotne.

 

 

Szpital Katolickiego Uniwersytetu Korei, St. Mary's Hospital (성모병원)

 

 

bardzo ulatwiajace sa ekrany przed kazdym gabinetem na ktorym widnieja nazwiska w kolejnosci wchodzenia i z szacowanym czasem czekania.  Mimo, iz "asysta" daje wskazowki jak dojsc do danego gabinetu, ma sie pewnosc ze doszlo sie do wlasciwego gdy widzi sie swoje nazwisko:)

 

Chyba ogolnie jestem zdrowa  ALE! mam 6 kg nadwagi! O_O (gdyby rodzina uslyszala to 20 lat temu to by mocno poklepali sie po glowie~). Musze zrzucic przedewszystkim w okolicach brzucha ale tez musze nabrac masy miesniowej (wsumie nie dziwie sie, od 2 lat NIC nie cwicze! wyjatkiem jest mini rozciaganie na lozku rano i wieczorem) Gdy sekretarka analizowala (i tlumaczyla na ludzki jezyk) wszystkie testy na koncu wyszlo, ze mialam tez miec gastroskopie!! wybaluszylam oczy! JA?? dlaczego??! Pani widzac, ze sie przestarszylam zaczynala mi tlumaczyc  to badanie jest bardzo popularne (hol~!) wsrod koreanczykow. Ja na to, ze nie czuje abym byla chora... Troche trwalo przekonywanie, ale zapytalam o alternatywy. Pani jakas nazwe podala, i tlumaczyla ale ja juz srednio sluchalam gdy doszlo do mnie, ze to znowu chodzi o jakies WTYKANIE. Krece glowa, mowie ze nie bardzo, pani na to ze to badanie wykonywane jest przez ponad 95% badanych koreanczykow i jest bardzo popularne wsrod Rosjan(!), pani z szerokim usmiechem mowi, ze nie w tym problem gdy tlumacze jej, ze wodki nie pijam.... Trzecia alternatywa zachwycila mnie - UBT (o ile nie pomylilam nazwy) na obecnosc helikobaktera (w koncu zyje w przeludninym jak dla mnie Seulu!). Dmucham przez rurke w butelke, polykam tebletke (bacznie przyglada sie mi jakis 13o letnie chlopie z kroplowka) i 20 minut pozniej znowu dmucham przez rurke w butelke. Ale te 20 minut czekania na drugie dmuchanie przerazily mnie bardziej niz mammografia. Otoz ten mlody chlopiec mial w tym czasie gastroskopie. Rany boskie! Sluchanie tych sltlumionych krzykow przerazenia i innych rzeczy i doglosow idacych za tym spowodowaly u mnie odruchy wymiotne i nagle zdalam sobie sprawe, ze skoro ten mlody 13-o latek przechodzi takie badanie, to co w takim razie z nami, ze starsza reszta?? Zaczelam myslec, ze wszyscy juz jestesmy w toku umierania( jakby nie patrzec to prawda~), ze wszyscy wokolo po cos tu przyszli, a dokladnie po diagnoze raka pankreatycznego, ze napewno cos mi znajda (no bo czemu nie?!), ze nasze fast-foodowo-ramjonowo-alkoholowo-na ostro nawyki codziennosci doprowadzily nas podswiadomie pod ta sale, przypomnial mi sie wpis Ani Sawinskiej gdzie pisala, ze w Korei najwiecej smiertelnosci jest na raka zoladka i ze jest to prawdopodobnie spowodowane ogromna iloscia alkoholu i bardzo ostrego jedzenia (ja bym jeszcze dodala potworna ilosc mies jakie jedza dzien-w-dzien!) i przypominam sobie moje najrozniejsze zachcianki (o roznych porach dnia i nocy~) i nagle mam wyrzuty sumienia a obok stoi wielka plazma Samsunga na ktorej zapodawna jest przepyszna reklama jakiejs koreanskiej restauracji i przez moment mysle "klamcy! mordercy!". Makabryczne odglosy za drzwiami uspokajane (jak i zapewne tzrymane) przez conajmniej 3 kobiety zaczynaja ucichac, ale ja jeszcze dlugo nie moge sie otzrasnac. Nie wiem, takie krzyki sobie wyobrazalam podczas sredniowiecznego wyrywanie zeba lub amputacji bez znieczulenia... Gdyby nie to, ze szpital ten wyglada jak hotel z duza iloscia lazienek i z krazacymi po korytarzach stewardesami, pewnie ucieklabym nie czekajac na drugie dmuchanie. Cale tez szczescie byl to ostatni punkt na liscie przegladu.

  

  

wystroj korytarzy szpitalnych^^

  

  

troche sztuki kwiatowej

 

Przy wyjsciu dostalam karnet na 죽 (dziuk - porridge) uznawana za koreanskie well-being food, papka ryzowa w roznych smakach. Ucieszona zjadlam, pojechalam do domu spakowalam sie I polecialam na dworzec kolejowy.

 

 

Twoje zdrowie naszym marzeniem  ;)

 

  

 

wybralam "dziuk" grzybowy

  

 Do pociagu wpadlam doslownie w ostatniej minucie – nie skojarzylam, ze czas urlopow w polaczeniu z sobotnim popoludniem bedzie oznaczac dziksze tlumy, korki, opoznienia I przepelnienia w metrze… Jeszcze nigdy w zyciu nie spoznilam sie na pociag! Pociag zawiozl mnie do Pusanu. Na 24 godziny. Bylo to pozegnanie kolezanki, ktora wybywa na studia do Kanady. Bylo jak bylo, kolejna nieprzespana noc (tzn spalismy w saunie, ale poniewaz bylo mnooostwo ludzi nie bylo juz miejsca ani kocow…na plazy bylam podczas niedzielnego sniadania a najlepszy punkt wyjazdu byl w swiatyni, na popoludniowej herbatce u mnicha^^ Natomiast juz w poniedzialek odbily sie na mnie niewyspanie, zmiana klimatu I tempo imprezowo-Pusanowe I caly wtorek I srode przelezalam w lozku. Juz przestalam wierzyc, ze zlosc w czymkolwiek pomoze I zaakceptowalam fakt, ze swoje dni urlopowe plus jeszcze nastepnych juz pracowniczych bede zakatozona, z bolocym gardlem I bolaca glowa. Podwojne pocenie sie; infekcja I +33C to tylko bonusy urlopowe.

 

Na dzien dzisiejszy jestem juz praktycznie zdrowa a nawet jestem MEGA zdrowa. Wczoraj bylam na konsultacji wynikow przegladu I wyszlo, ze poza 6 kg nadwaga jestem w bardzo dobrym stanie. Jedyna rzecz jak mnie troche zirytowala, to to ze powinnam jeszcze zrobic ultrasonografie piersi. Dr powiedziala, ze piersi mlodych kobiet sa bardzo “obfite” I mammografia nie jest w stanie wykryc wszystkiego co moze sie w nich kryc. Boze! To czemu odrazu nie powiedzieli mi tego,( wiedzac ile mam lat I ze jestem EUROPEJKA!) tylko torturowali mammografia?! Odrazu powinni zrobic ultarsonografie~! Do tego jeszcze okazalo sie ze w mojej rodzinie jednak jest historia raka piersi! O_O I to uwazam za rodzinne faux pas, zeby gadac mi przez lata o rzeczach typu “ucz sie, rob porzadek, badaj krew I dbaj o stopy” I jeszcze robic awantury z tego powodu a nigdy nie powiedziec mi ( a nawet czesciej!) “pamietaj, ze babcia miala raka piersi”. Jezeli zostalo mi to powidziane miedzy slowami gdy mialam lat 17, to uwazam to za wielkie niedorozwiniecie rodzicielskie! I przez to w ostatnich latach odwiedzajac gabinety lekarskie gdy padalo pytanie o historie rodzinna dot. Piersi pewnie odpowiadalm NIE.  I tak samo 2 tygodnie temu gdy przez 2 godziny siedzialam I wypelnialam pisemny wywiad lekarski, dokladnie taka samo odp dalam…!

Lepiej pozno niz wcale~

poza najbardziej podstawowymi badaniami typu krew ITP mialam rowniez;

 

rentgen klatki piersiowej

 

USG (okolic brzucha)

 

EKG

 

BMI (waga, wzrost, masa ciala itp)

 

BP (cisnienie krwi)

 

badanie oczu (fundoskopia i optalmologia-?)

 

badanie sluchu (czulam sie jak w studiu radiowym^^)

 

wydolnosc pluc

 

mammografia

 

UBT (dmuchanie przez slomke)

 

na pdst badan wewnetzrnych "fluidow z mozliwoscia wyjscia na zewnatrz" (przepraszam, ale nieZNOSZE tych slow w formie medycznejT_T) spr czy nie jestem nosicielka jakich wirusow ( w tym i HIV, i to co zabilo Lenina), jakie mam sklonnosci reumatologiczne, tarczyce, obecnosc guzow, metabolizm kostny, stan serca, stan watroby, nerek i tych innych w brzuchu oraz ogolny stan chemiczno-elektrolitowy organizmu:)

 

  

  

 

moja lista :)

 

 

serce

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nagasaki ( w wersji mocno okrojonej)

sobota, 23 lipca 2011 14:17

 

 

 

3 tygodnie temu, po 2 godzinach snu, poswitowalam na lotnisko by stamtad o godzinie 8 wyleciec do Fukuoki. Gniewne chmury i co i rusz pokapujacy deszcz niezle mnie i prosiaka nastarszyl. Mielismy moment zwatpienia w momencie przechodzenia przez "rure" (jak zwykle w tym momencie zadawalam sobie wkolko pytanie "w co ja sie ZNOWU pakuje?!"). Manewry po lotnisku/pasach startowych wlokly sie niemilosiernie i szczerze powiedziawszy troche nas to uspokoilo, ale gdy maszyna ruszyla parnie do przodu po prostej-smiercionosnej zamknelam oczy (Pigletowi uszy opadly) i spiewalam "Indu" Adhama Shaikh, ktorego na ogol slucham przed snem lub gdy jestem bardzo zdenerwowana, zmeczona... Jak umierac, to w pokoju. Gdy juz jestem w powietzu, nad chmurami, czuje sie calkiem bezpiecznie. Slonce mocno grzeje a chmury zawsze bajecznie i poduszkowo wygladaja. Samolot z Seulu do Fukuoki jest regularnym lotem (db to nazwalam?) - 3 loty dziennie, codziennie. I nie jest to maly samolocik jak z Warszawy do Finlandii, tylko (Airbus jakis tam ) mega wielka maszyna (tylko czemu ma TYLKO 2 silniki?? taka jakas moda ostatnio w lotnictwie...-_-). Teraz nawet wprowadzili osobiste ekrany. Fajnie, fajnie tylko 55 minut w powietzru starcza na to by raz poleciec do ubikacji, zjesc sniadanie i obejrzec 2 wideoklipy i...ladowanie. Wiec ilosc filmow do ogladania troche smieszy (byl nawet jeden z Bollywood...!!). Ladowanie bylo bardzo miekkie - to juz 3e ladowanie tymi liniami, wiec nabieram zaufania...

Z prosiakiem w torbie ( na lotnisku w Fukuoce pelno plakatow przypominajacych o najrozniejszych grypach...!) oddalam odciski palcow, wsiadlam w autobus miedzy-terminalowy, potem 2 przystanki metrem do stacji Hakata i o 11 bylismy w hostelu (khaosan). Deszcz zaczal mocno zamiatac ulice a mnie bolala glowa (niewyspanie + stres-_-) wiec najpierw poszlam spac z zapasem pocari sweat i zielona herbata przy poduszce. Glowa bolala mnie az do czasu gdy zezwolilam samej sobie wziac tylenol po wczesniejszym zjedzeniu UDON i w znacznie lzejszym nastroju, i bez strug deszczu, poszlismy na spacer do parku Ohori. Dopiero tam zdalam sobie sprawe ze 35C (!) to goraco, a w Japonii dodatkowo potwornie parno a ja...w dzinsach. Bez wzgledu na temperature, cala masa mlodych, starszych pan i panow z psami lub dziecmi, lub sami biegali wokolo jeziora nad ktorym usytuowany jest park. Po chwili chodzenia mialam ochote sciagnac spodnie i latac na golasa... Mielismy jeszcze ambitny plan pojscia obejrzenia ACROS'u by night i odwiedzic karpie w jakiejs swiatyni ale...dochodzila 22a, a my rano musielismy byc na nogach.

O 9 w niedziele stanelismy (ja tym razem w spodnicy) na dworcu w oczekiwaniu na pociag ktory zawiozl nas do Nagasaki. Z Fukuoki (stacja Hakata) jedzie sie ok 2 godzin (zaleznie tez jakim pociagiem~) w otoczeniu domkow z poletkami ryzowymi, okropnymi "siatko-halami golfowymi" (jak widac, nie tylko Korea ma zepsuty krajobraz przez ten dziwaczny "sport") i cudna zielenia i morzem. :)

 

 

Nie zastanawialam sie nigdy nad tym jak Nagasaki wyglada jako miasto. Jesli do tej pory widzialam jakies zdjecia z tego miejsca, to oczywiscie te dotyczace bomby zrzuconej 9 sierpnia. Po wyjsciu z dworca zastalam sporo kamienic i budynkow w stylu mocno Europejskim co nadalo troche “oldschoolowy pejzaz” Nagasaki (drobna pozostalosc po Portugalczykach?~). Tramwaje ktorymi jezdzilam byly jakoby drewniane. Poza kolorem, ktory byl zielony tudziez bezowy, przypominaly mi te ktorymi jezdzilam w Portugalii. Chmurzastosc niedzieli byla dominujaca I nadawala grozny wymiar miastu. Parnosc odznaczala sie dosc widocznie na ubraniach. Bezludnosc I cisza miasta dzwoniaca mi w uszach podpowiedziala, iz jest to miejsce zamarle… Ale to tylko pozory – z chmur ani krpola deszczu nie spadla a dawaly dobre tlo do zdjec I dobre, jasne acz bezcieniste swiatlo. Parnosc weszla w, mila dla pudru na twarzy, reakcje chemiczna(?) przez co blask jaki odemnie bil bardzo mi imponowal. A zamarlosc miasta nie brala sie z tragicznej przeszlosci Nagasaki, a z porownania z moim wielomilionowym-Seulskim przyzwyczajeniem.

Chodzac po “Peace Park” I “epicentrum” zderzylam sie ze swoim kolejnym myslowym stereotypem – w miejscu tak silnie obciazonym, calkiem niedawna historia, brak martyrologii. Brak publicznych lez, widocznego cieprpienia, niezadowolenia z niesprawiedliwosci losu~ Mozna powiedziec ze wkoncu japonczycy ze swoim honne I tatemae (emocje skrywane przed ludzmi )nigdy nie beda “szczerzy” wobec otoczenia czy bolesnej, wstydliwej przeszlosci. Ale z drugiej strony czy aby przezywac tragedie, caly swiat musi to widziec? Czy nie zahacza to o ekshibicjonistyczna strone naszego ego? Otaczajace mnie pomniki I figury przypominaly mi na kazdym kroku gdzie jestem, ale poniewaz ludzie wokolo mnie chodzli z usmiechem I spokojem, nie czulam sie przytloczona historia, ani tez atmosfera miejsca nie zmuszala mnie do pewnych ”scenicznych” aktow jakie miewaja dziwna – jak dla mnie- racje bytu w takich miejscach.

 

 

 

 

Mozna bylo odczuc cichy szacunek dla miejsca, tak jakby wszyscy chodzacy po parku zyczyli z calego serca odeszlym w cieprieniach duszom wiecznego spokoju. I kropka, w zasadzie.

Doszlam do wniosku, ze nie bede belkotac na temat mojej ( I Waszej!) ludzkiej natury, dzieki ktorej mielismy co mielismy I przez ktora mamy to, co mamy (Mamo~, jestes tam?~ ;)) dltaego tutaj koncze "rozterki umyslu" jakie spisywalam po powrocie do Seulu.

Z punktu widzenia turysty; W Nagasaki kupilam calodzienny bilet tramwajowy, ale gdybym wiedziala ze wszystkie moje turystyczne zainteresowania sa oddalone od siebie o kilka krokow, inaczej bym zaplanowala spacerek i tylko kupila 1 bilet na tramwaj - powrotny. (moze tylko sprostuje, ze ja uwielbiam chodzic i jezeli nie musze biec lub pedzic, to zadna odleglosc nie jest mi straszna - no moze ukropy w sloncu sa wyjatkiem...).

Z punktu widzenia lingwisty; za co uwielbiam Japonczykow, to ich podejscie do "obcych"; W Japonii mowimy po japonsku. Trudno sie dziwic bo skoro biala kobieta podrozuje sama i to nie po kosmopolitycznych szlakach Tokyo-Kyoto, no to musi cos mowic po japonsku. Dla mnie oczywiscie to bardzo sprawe ulatwia, bo POPROSTU cwicze swoja ograniczona znajomosc tego slodkiego jezyka w przeciwienstwie do Korei, gdzie na kazdym kroku ktos usilnie chce na mnie cwiczyc swoj bradzo ograniczony angielski~ (z angielskiego skorzystalam w Fukuoce, gdy ustalam w kasie rodzaje biletow na pociag)

Z punktu widzenia Prosiaczka; lot powrotny nalezal do najmilszych ze wszystkich do tej pory (gibbon po raz pierwszy w zyciu doroslym nie mial naglej ochoty ucieczki z samolotu), prawdopodobnie dlatego ze miedzy manewrami a rozpedem na starcie nie bylo momentu zatrzymania - samolot skrecil i sie rozpedzil, i do gory. Podejscie do ladowania rowniez nie zrobilo na trzezwosci gibbona wiekszego wrazenia a ladowanie bylo ledwo  odczuwalne. Czyzby nastapila ewolucja?

 

Miss Korea ; tutaj, tutaj i tu i tu tez

 

mata ne~

serce

 

 


Podziel się
oceń
0
0
Tagi: nagasaki

komentarze (2) | dodaj komentarz

-_-

piątek, 15 lipca 2011 4:29

 

 

w zeszla sobote nastukalam sie nad "wpisem japonskim", ale efekt koncowy nie podobal mi sie wiec...jak napisze lepszy to opublikuje. Dlaczego to wszystko tak dlugo trwa? Glowny powod lezy jeszcze w "przeprowadzce" - nadal nie mam biurka (potrafie pisac i pracowac tylko w pozycji siedzacej na krzesle przy biurku/stole!), i do tej pory uciekalam do lokalnej kawiarni, ale w ostatnich dniach ulewne poranki, poludnia i wieczory powoduja u mnie ogromna sennosc i lenistwo, i przez to ograniczam sie tylko do wychodzenia do pracy na czas ( w ktorej notabene mam znowu mnostwo pracy papierkowej~).

Tak wiec - do uslyszenia znad biurka! (teraz pisze siedzac na lozku i 3majac komputer na kolanach grr! T_T)

serce

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

poranny huk

piątek, 01 lipca 2011 17:45

 

W Sincion, pare minut od mojego(bylego) miejsca zamieszkania, zostawilam jeszcze "Hangyl Park", czyli ksiegarnie z ksiazkami do nauki koreanskiego (+ troche tytulow w jezyku globalnym o kulturze, dla przyzwoitosci). Przypomnialam sobie, gdyz bede musiala wybrac sie tam w przyszlym tygodniu po nowy zestaw cwiczen i czytanke. - nota bene.

 

Pomimo "wakacji" jakie mam (a dokladnie "przedpoludniowe" wakacje) mam wrazenie, ze czas zaczyna mi przelatywac miedzy palcami. Nie wiem za co najpierw sie zabrac... O nowym mieszkaniu nie mam narazie sily pisac~ Mam cicha nadzieje, ze sprawy same sie uloza lub ja nabiore troche energii i sama je poukladam po weekendie, czyli po moim powrocie z Japonii. Tak, juz czas na kolejna wizeczke :) Od dluzszego czasu myslalam o Hiroszimie, a dokladnie o wyspie Miyajima, ale po raz kolejny powitam Fukuoke a z niej wystartuje do Nagasaki. Nie wiem co tak ciagnie mnie w miejsca obciazone historycznie tak silnymi pierwiastkami? Rownie dobrze mozna by pojechac w okolice Tokio... 

Jak zwykle czas na moje wojaze mam bardzo ograniczony (tym razem nawet z pracy nie moge wziac wolnego) wiec przeskok blaszanym ptaszyskiem jest najlepsza opcja, ale! Od 7iu dni leje deszcz  a tak sie sklada (ah, gdybym wczesniej o tym  wiedziala~!) ze niedaleko Mokdong (moje nowe gniazdo) jest lotnisko (!!!) i w tym calym deszczu i mgle mam wrazenie, ze bladza tuz nad moja glowa. Takie przynajmniej wrazenie odnioslam przedwczoraj wczesnym zarankiem, gdy nie wiedzialam czy to burza, czy spadajacy samolot czy poprostu awaryjne ladowanie. Ten okrutny huk niedosc, ze dla swiezo obudzonego mozgu jest smiertelnie obezwladniajacy, tak chyba i mgla z deszczem poteguja te metalowe lomoty z piekla rodem, a do tego otworzyc oko i widziec szare klebiace sie chmury nic tylko zwiastun konca swiata.

Chyba jasno sie wyrazilam, ze w szarosci wszystko marnie i ciemno widze i jesli ma padac za 7 godzin to nie wsiadam do trumny! O_O

 

jeszcze musze glowe umyc! yhh...

:-/

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

środa, 28 czerwca 2017

tyle gości w gaju:  87 865  

O mnie

Jestem dla siebie najlepszym sojusznikiem i najsprytniejszym wrogiem jednocześnie.
Studiuję Orientalistykę i nie mam zamiaru na tym kończyć!
Bogate plany na przyszłośc? - A jak!!
^_^

O moim bloogu

Pochodzę z Gdyni, ale pomieszkuję w Seulu. Ten blog jest o tym wszystkim co jest w Polsce i Korei i tym co po drodze i dookoła. Zapraszam do czytania i komentowania ^_^

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 87865
Wpisy
  • liczba: 290
  • komentarze: 622

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl