Bloog Wirtualna Polska
Są 1 239 324 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Ślub po Koreańsku

niedziela, 26 lutego 2012 13:47

 

 

 

 

 

 

 

Nadszedł jej najważniejszy dzień w życiu, jak to sama obwieściła 8 miesięcy wcześniej, a mianowicie, dzień ślubu. Nie tradycyjny koreański w hanbokach, nie cywilny (ten odbył się 4 miesiące wcześniej) ani nawet kościelny, chociaż w naszym polskim rozumieniu było to „najbliższe” kościelnemu. Tae należy do mniej niż 5%wego grona japońskich Chrześcijan więc, błogosławieństwo pastora owszem było ale... na tym "akcent religijny" się zakończył. Ceremonia odbywała się w „Centrum/ośrodku ślubnym” (Yonsei rzecz jasna!) gdzie na tym samym piętrze co ślub jest i restauracja/bufet i sala zdjęciowa. Ślub dla Koreanek i Japonek to kwestia niemalże życia i śmierci, czy nawet honoru, a otoczka ślubna jest bezcenna i bez niej ślub nie ma większego sensu. (Zdjęcia ślubne młodej pary zostały zrobione już we wrześniu - poniżej) Był to pierwszy ślub w białej sukience po koreańsku na którym byłam, więc nie za bardzo wiedziałam czego się spodziewać, co robić. W tłumie gęstycch czarnych głów wyłapałam lekko łysięjącą, z dużym nosem uczepionym do twarzy - kolega z Francuz, którego poznałam na Yonsei, w 2009 (uczęszczał do klasy obok i na przerwach wraz z gronem mówiącym po angielsku wymienialiśmy się swoimi "bojaźniami" względem języka którego przyszło nam się uczyć!). O czym mówiłam? A! O tym "co się robi" na takiej imprezce.

 

 

Organizacja takiej ceremonii ślubnej wymaga conajmniej kilkuosobowego personelu, który non-stop podczas zaślubin krząta się wokoło młodej pary do ucha mówiąc im co w danej chwili mają zrobić, a jak szybko (palli, palli!!) małżonkowie nie zareagują to sami organizują ich ruchami ; odwracając ich w odpowiednią stronę, odwracając „właściwie” ręce, wtykając im różne przedmioty do rąk i wskazując gdzie mają patrzeć. (wygląda to bardziej jak próba teatralna w kostiumach...) do tego konferansjer cały czas komentuje zdarzenia dając tym samym kolejne „wskazówki” nowożeńcom. Natomiast mnie najbardziej zdziwili obserwatorzy (goście), którzy non-stop gadali między sobą, bawili się swoimi telefonami, lub bezpardonowo gadali przez nie co i rusz wchodząc i wychodząc. Na czym tak naprawdę polega taki ślub? Według mnie są 2 powody; pierwszy to; odczytywanie listów dziękczynnych rodzicom (gdyby listy przetłumaczyć bezpośrednio na polski to, z całym szacunkiem, trudno byłoby słuchać...tego bardzo podniosłego stylu) przy akompaniamencie łzawej muzyki, która "ułatwiała",( już itak mocno wzruszonej ) czytającej pannie młodej uronić, więcej niż kilka, łez (no poprostu katharsis! - ja również okazałam się podatna na słowa w zestawieniu z muzyką...!O_O!!) Najpierw list synowej względem rodziny męża, potem list córki względem swojej rodziny (w wypadku Tae do ojca i starszej siostry oraz do nieżyjącej matki – nikt więcej z Japońskiej rodziny nie przybył na ślub...) na końcu list pana młodego względem rodziny panny młodej. Drugi powód takiego ślubu to; (niekończące się) zdjęcia.  Od tego jest (trochę nerwowy) pan fotograf, który rozporządza ruchem posługując się na zmianę koreańskim i japońskim.

 

 

 

Pierwsza sesja; nowożeńcy, druga sesja; nowożeńcy z rodzicami, trzecia sesja; nowożeńcy z rodzinami, czwarta sesja; nowożeńcy ze znajomymi, piąta sesja; rzucanie/łapanie bukietu*, szósta sesja; nowożeńcy z potencjalnymi „oblubieńcami”, siódma sesja; panna młoda okazująca całe piękno swej sukni ślubnej... w między czasie goście przechadzają się na drugą stronę piętra, do bufetu, gdzie niedługo potym nowożeńcy zjawili się w hanbokach (koreańskie trqadycyjne ubrania) by pokłonić się każdemu stolikowi z gośćmi (stolików dobrze ponad 30). Goście chrup-chrup, a nowożeńcy hop-siup nakładają kolejny „kostium ślubny” do kolejnej sesji zdjęciowej tym razem sesja naśladująca tradycyjny ślub koreański. Podkreślam, że ta ostatnia(?) sesja służy tylko i włącznie zdjęciom. Panna młoda (pan młody zresztą też) co sekunda pouczana i popychana przez „asystentkę” ślubną nakazująca im, w tempie hiper-ppalli-ppalli, zmiany dość skomplikowanych gestów i ruchów (do zdjęcia!). „Najpierw usiądź, pokłoń się, nie, nie tak, o tak! Teraz usiądź tak, nogi tak, ręce nie za wyskoko, nie za nisko, alkohol mężowi nalej, jeszcze raz ale w stronę aparatu, jeszcze raz ale z większym uśmiechem, teraz obejdźcie stolik do okoła, teraz wskakuj na plecy małżonka, a ty podrzuć ją wysoko, jeszcze raz, i jeszcze raz i jeszcze wyżej, teraz z małżonką na barana zrób okrążenie, teraz usiądźcie, ty podaj mężowi owoc ustami, nie! Nie tak, jeszcze raz”. Do tego jeszcze i fotograf ma kilka uwag... Tae  jest Japonką. Cierpliwość i opanowanie to jej silna strona.  !

 

 

 

 

asystentka śluba obecna przy każdym kroku...

 

 

 

 

 

 

 

 

Czemu to wszystko ma być zamknięte w niecałe 2 godziny? Pierwszy powód – wiadomo – w Korei robi się wszystko szybko (ppalli-ppalli!), drugi powód – za chwilę odbywa się drugi ślub, trzeci powód – młoda para 2 godziny po ślubo-sesji odlatuje do Stanów. Nie, nie miesiąc (3 dni!) miodowy – w poniedziałek małżonek musi się zjawić na uniwersytecie...

 

Uff!...

 

* Bukiet najpierw padł pod stopy gibbona, który zupełnie zignorował ten fakt... Drugieo rzutu nie pmiętam, ale opuściłam budynek z pięknym bukietem ślubnym.^^ (Więc teraz powinnam wyjść za mąż w ciągu 6 miesięcy...Koreańczycy lubią tempo życia!)

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Herbaciany Pies

sobota, 18 lutego 2012 4:02

 

 

 

W moim domu, w Gdyni, od całkiem niedawna rezyduje nowy pies. Młoda towarzyszka Idioty (Pilot - kiedyś pisałam o moich "wakacjach" z tym urokliwym Debilem - tutaj) ma mniej więcej 2 lata. Jest radosna, młoda (ponoć po przejściach~!O_O), daje nieźle Draniowi w kość (i dobrzee!) i jest też jak on nie mała i nieco szalona, być może nawet bardziej od niego. Innymi słowy trzeba ją wychować ( a przy okazji nauczyć starego Muńka tego i owego!).  Zainteresowałam się tym pomysłem, trochę przestraszona wyobrażeniem mojej mamy na spacerze z dwoma szaleńcami.(hol~!O_O) W poszukiwaniu pomocy naukowych zajrzałam na youtube (a co? mam iść do księgarni??). W związku z błędem klawiatury, która ucięła mi kawałek wyrazu, wyskoczyła mi japońska animacja :)

 

 

 

 

"how to tea dogs" (!  데```박! O_O) miało być; "how to TEACH dogs" *^_^* jak widać, na błędach można się wiele nauczyć :D

 

 

Oczywiście uradowałam się co niemiara na widok kolejnego akcentu zielonej herbaty w kulturze japońskiej. Są lody z zielonej herbaty, kit-katy ( 2 rodzaje ), ciastka, guma do żucia, green tea latte, szampony, cienie do powiek, odświeżacze do powietrza....a i jeszcze ożywiają te listki w postaci psów. Rozkoszne^^ Dla chętnych,takich  jak ja, do ciągłego powtarzania podstaw japońskiego. Odcinki 3 minutowe, prosty język - można poczuć że naprawdę zna się japoński ^^ (są również napisy ang)

 

 

Ocha-Ken

 

 

Im szybciej dziecko nauczy sie jak dobrze zaparzać herbatę, tym lepiej dla jego zdrowego japońskiego umysłu!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

2 dni i po sprawie...albo jeszcze ze 2 dni

niedziela, 05 lutego 2012 12:01

 

 

 

Chciałabym przeżyć 4 tygodniowy, nieprzerwany FLOW. Dzisiaj doszłam do wniosku, że właśnie tego mi w życiu najbardziej brakuje, a brak tego bardzo mi doskwiera bo bez flow'a daleko się nie poleci~

Tak mnie wzięło na rozmyślania nie bez powodu. Odkąd pamiętam byłam dość nieodporna na najróżniejsze wirusy krążące od człowieka do człowieka. Zastzryki z pencyliny, czy też innych znanych antybiotyków, z czasem nawet polubiłam. Z przyzwyczajenia. Sporo czasu w latach szkolnych spędzałam w przychodni lekarskiej na Witominie - mój drugi dom! W liceum doszły jeszcze inne przypadłości przez które na ponad 10 lat przywiązana zostałam do pierwiastka(?) chemicznego Fe. I jeszcze parę innych przygód z lekarskimi kitlami na mej drodze miałam. Ogólnie rzecz biorąc cherlawość to moja, tfu!,  silna strona! Tak też się składa, że ile razy jestem zaziębiona to nie mam żadnej seksownej chrypki, tylko spuchnięty i czerwony od wiecznego smarkania nos. Czasem kaszel, gratisowo. Żadnej temperatury, nudności i innych - godnych pozazdroszczenia - symptomów grypowo-zaziębieniowych. I obojętnie ile się faszeruję farmaceutycznymi cudami, na ogół po dobrym tygodniu wracam do grona ludzi, z pozoru, normalnych.

 

Na tydzien przed świętami (nieco ponad miesiąc temu) dostałm (od losu, dar z niebios!) katar. Tradycyjnie sięgnęłam po vit C 1000 jednostek, chrupałam mandarynki, ograniczyłam kawę, piłam oczyszczające herbatki i hektolitry ciepłej wody, aspiryna z witC na noc i...smarkałam coraz bardziej z dnia na dzień. Na nic się  zdały również otrivim, kapsułki witaminowe, cały weekend w łóżku... Po rozeznaniu w pracy i po dyskusjach ze znajomymi, po ponad tygodniu(!) poddałam się i poszłam do lekarza, gdzie miałam nadzieję dostać ten osławiony w Korei (bo działa prawieże natychmiast!) tajemniczy zasztrzyk, który jest zawsze lepszą i szeroko stosowaną opcją. Lekarz zajrzał do nosa, stwierdził zatoki i przypisał porcje prochów na 2 dni. I właśnie o te tabletki rzecz tu się rozbija, gdyż - owszem-koreańskie tabletki pozbywają się świństwa w 2 dni, ale i robią ogólne spustoszenie wszędzie tam gdzie dochodzą. Ale byłam już tak zmęczona tym nosem, że stwierdziłam "trudno, kolejnego tygodnia ze 100 chusteczek wydmuchiwanych w niecałą godzinę nie wytrzymam". I już po jednym dniu , czyli 3 razy po 5 różnych tabletek, poczułam się znowu jak prawdziwe homo-sapiens, z nosem na miejscu i o właściwym rozmiarze. I przyrzekłam sobie, że następnym razem gdy tylko dostrzegę coś nie tak, od razu lecę na zastrzyk. Niestety ku mojemu rozczarowaniu, ten następny raz przyszedł 5 dni temu... W środę wieczorem poczułam się, "niewyraźnie" a po mojemu - "częściowo nieobecna" i w czwartek popołudniu uradowana szybką interwencją poleciałam do lekarza. Pani nawijała z prędkością karabinu maszynowego mieszając koreański z angielskim. Nic nie zrozumiałam a zanim się obejrzałam pilęgniarka klepnęła mnie 2 razy w półdupek i  dostałam 2 zastrzyki, a w rejestracji czekała na mnie jeszcze recepta... z podobną dawką prochów co w grudniu...na 2 dni...

Jest niedziela wieczór, ja drugi dzień praktycznie nie wychodzę z łóżka. Nie jest tak źle jak w grudniu, ale zastanawiam się czemu wogóle musi być "ŚREDNIO"?!?

 

Od tygodnia na basen nie chodzę i w najbliższych dniach też nie pójdę. Potem będzie comiesięczny porządek hormonalny  i tak 2 tygodnie zlecą... Potem znowu trzeba powoli się rozgrzewać i stopniowo nabierać formy, w momencie gdy już wszystko będzie szło coraz lepiej znowu Matka Natura oznajmi przymusowe wakacje, potem początek wiosny więc trzeba się liczyć z jakimś katarem i tak wkoło...Czemu zima (-10 dzień w dzień) nie może trwać 4 miesiące, albo wiosna też tyle - o tyle łatwiej byłoby mi przystosować się do tej zawieruchy sezonowej...

 

To trochę pesymistycznie zabrzmiało, ale pomimo powyższych wyliczeń wierzę, że mój FLOW jest bliski osiągnięcia. Jestem o 1 mały krok od niego. I mimo, iż mówie tak od lat, wierzę że nastąi to w ciągu TYCH  najbliższych 6 tygodni.

 

Wysłuchaj nas Panie!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

tyle gości w gaju:  87 214  

O mnie

Jestem dla siebie najlepszym sojusznikiem i najsprytniejszym wrogiem jednocześnie.
Studiuję Orientalistykę i nie mam zamiaru na tym kończyć!
Bogate plany na przyszłośc? - A jak!!
^_^

O moim bloogu

Pochodzę z Gdyni, ale pomieszkuję w Seulu. Ten blog jest o tym wszystkim co jest w Polsce i Korei i tym co po drodze i dookoła. Zapraszam do czytania i komentowania ^_^

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 87214
Wpisy
  • liczba: 290
  • komentarze: 620

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl