Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 111 137 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Przeprowadzka!

wtorek, 23 kwietnia 2013 7:51

 

 

 

Wreszcie znalazłam okazję by zmienić blogowisko.

Zapraszam na nowy adres;

 

 

 

http://ask-the-mountains.blogspot.kr/

 

 

 

 

serce


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

owcowanie z przyrodą

czwartek, 01 listopada 2012 15:30

 

 

 

 

 

 

 

Wyprowadziłam się z Seulu pod koniec zeszłego roku. (Wywiało mnie do bardzo wietrznej zimą okolicy) Mieszkam bliżej miejsca pracy i dalej od stacji metra, a metro jest kluczowym środkiem transportu w miastach przylegających do Seulu. (pod nosem mam przystanek autobusu expresowego, który kosztuje dwa razy tyle co metro a w pewnych godzinach dnia na ogół 40 minutowa podróż do Seulu może zamienić się w ponad 1,5 godzinną) Ile razy mam sprawy do załatwienia w stolicy człapię do metra na które punktualność, szybkość i niezawodność  zawsze mogę liczyć. Ze względu na te odległości do pokonania i wypełnione dni pracą, prowadzeniem domu i rozwojem samej siebie (koreański, pilates, fitness, poszerzanie wszelakich horyzontów i ważny relaks by nie zwariować) rzadko opuszczam granice mojego habitatu...

 

 

Dawno nie widziana koleżanka zmobilizowała mnie do spotkania w moim ukochanym HD (Hong-De). Zaprowadziła najpierw do restauracji w której zaserwowano nam soki, lody i sałatkę owocową w ramach gratisu (!) a potem zabrała do wspomnianej wcześniej kawiarni...owczej. Tak! Owczej! Beeee-ee-ee~~~ Nie wierzyłam póki nie zeszłam schodkami w dół, od jednej z bardziej wartkich ulic HD i nie zobaczyłam dwóch prawdziwych, białych, wełnianych beczek z uszami, na czterech nogach i w dodatku beczących w przerwie od chrupania siana.

 

Można posiedziec sobie przy stolikach przylegajacych do "zagrody" albo jak my (bylo troche chlodno tego dnia) wypic kawe itp w srodku a potem przeczesac rękoma poczochraną wełnę.

Nie bez powodu piszę o tym 1 listopada gdyż jest to nie tylko Wszyskich Świetych ale i Swiatowy Dzień Wegan. (gdyby ktos nie wiedzial, weganie nie tylko nie jedza miesa i ryb ale i żadnych innych produktow pochodzenia zwierzęcego czyli mleko, jajka, maslo, jogurt, wiekszosc makaronow itp itd) Jak dla mnie dzisiejsze swieto koscielne i przypadajacy tego samego dnia dzien wegan jest swietnie dobranym "zbiegiem okolicznosci"

 

 

 

 

 

Na poczatek może powiem ze NIE JESTEM weganką, aczkolwiek poczynilam w ostatnim miesiacu duze kroki ku temu po tym jak przez ostatnich kilka miesiecy podsumowywalam zrobiony "research" na temat zdrowia; naszego ludzkiego, planety i zwierzat. I tu wlasnie widze punkt spojny tradycji koscielnej, jak i samych przykazan, oraz dnia wegan. Wiele naszych bliskich odeszlo "za wczesnie"; wojny, wypadki, choroby. A chorobom tym, a w efekcie przedwczesnej smierci, można zapobiec i uchronic (wyniki badan mowia o conajmniej 80%) , nieraz i wyleczyc właśnie dietą. I nie chodzi tu o dodawanie wiekszej ilosci "dobrych" produktow, ale odejmowanie tych ktore szodza. To co nam szkodzi (a szkoda na nas odbija sie na otoczeniu, przyrodzie i ogolnemu dobrobycie) kazdy chyba wie; tluszcz, cukier, fast-foody sa uznawane za przodujace na "zlej liscie". A gdyby sprobowac wprowadzić małe zmiany jak np. zamiast dwoch łyżek oliwy do salatek dodac jedną, zmniejszyć spożycie miesa w tygodniu o 50%, zamiast dwie kawy dziennie z mlekiem, drugą wypic bez mleka albo wogole, zamiast czekolady z orzechami zjeść orzechy z miodem lub syropem klonowym (pycha!^^), zamiast jogurtu zrobic przecier bananowy z rodzynkami. Alternatywy, substytuty.

 

 

 

 

I nawiazujac znowu do przykazan (bo nie NAkazan i zakazan~) kościelnych; czyż nie powinniśmy DBAĆ o ciało które  nam dano? Czyz nie zalecany jest nam UMIAR w jedzeniu (i piciu!^^), czy aby napewno w każdy piątek nie spożywamy mięsa (szynka i kielbasa to tez mieso!), czy po każdym posiłku nie marnują sie "resztki" jedzenia? Nie jestem w zaden sposob Bogobojna, czy religijna ale probuje uracjonalnić te dwa wydarzenia zawarte w jednym dniu. Ja oczywiście "miłość do bliźniego" i "nie zabijaj" przeciągam nieco dalej, w stronę naszych futrzastych bliźnich... ^^

 

 

 

 

I... na dziś chyba w tym momencie skończę. Napewno nie raz wejdę na ten temat, gdyż chcę się podzielić moimi małymi "odkryciami" oraz zmianami jakie niedawno wprowadziłam i które, po mału, zaczynają dawać efekty... :D

cdn.

 

p.s. no i muszę rozpracować system pisania na ten temat bo określenie "spożywany posiłek" kojarzy mi się z wąsatym kierownikiem pensjonatu HELENA na przdmieściach Kościerzyny, który w 1989 roku w ten sposób określa "meni" zatęchłej stołówki na stołach której znalazły się ozory w galarecie w towarzystwie przesłodzonego kompotu truskawkowego z utopioną muchą.

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

I znowu sarny...! ^^

niedziela, 14 października 2012 13:07

 

 

 

Całkiem niedawno miałam kolejną okazję pojechać do Japonii. ( to za mój nijaki 3 dniowy urlop jaki miałam w sierpniu~) Znowu Osaka, znowu Nara. Miało też być Kioto, Kobe i Nagoja ale deszcz a potem tajfun zepsuł plany doszczętnie. Wogóle lato w tym roku mijało pod znakiem tajfunów...

 

 

 

 

 Staw Sarusawa-Ike w którym pływają żółwie, z widokiem na kofukuji

 

 

 

 

 Wokoło pełno młodych saren, te jeszcze nieufne względem homo-sapiens ( i słusznie!) co i rusz dają nogi skocznie w bok

 

 

 

 

 

 

 

 Czyż to nie jest jedna z najpiękniejszych i fotogienicznych mordek na świecie?

 

 

 

 

Ogród botaniczny Shin-en, otwarty w 1932 roku i w którym zasadzona jest roślinność opisana w poezji Man-yo-shu (wiki)

 

 

 

 

Frajdą zimą było karmienie łabędzi na plaży i frajdą może być również karmienie saren specjalnymi ciastkami które mozna kupić na każdym kroku za 150Y (około 6 zl). Trzeba tylko pamiętać, że gdy sarna (albo i 10 saren) dojrzy te chrupkości nie odstąpi cię na krok dopóki całości nie zniknie. Trzeba też uważać na ubranie i rzeczy odstające od ciała (... ) gdyż zniecierpliowione czekaniem na swoją kolej zadowola się Twoimi przynaleznociami...:)

 

 

 

 

 

Cudowny widok - pole saren w promykach zachodzącego słońca, w tle Todai-ji

 

 

 

 

 

 

W piątkowy słoneczny dzień wybrałam się do Nary, na spotkanie z sarnami. Prawdę mówiąc miałam lekko w nosie czy w Kioto spotakam wreszcie jakieś gejsze, czy w obejrzę zamki w Nagoi i Osace, sarny były moim najważniejszym punktem! Pogoda dopisała i dreptając sobie między swobodnie chrupiącymi trawę sarenkami (Boże ileż można trawy jeść!) zauważyłam joggingującego starszego pana. I nagle oświeciło mnie o czym zupełnie zapomniałam; będąc w Narze w czerwcu powiedziałam sobie że NASTĘPNYM RAZEM zatrzymam się w hotelu w Narze a nie w chałaśliwej Osace!~ (chałas/hałas? hmm..? czy ja jestem debilemO_O?)...Cóż...mówi się trudno, żyje się dalej i miejmy nadzieję, że jeszcze nie jeden raz dane mi będzie spędzić czas z tymi uszastymi ssakami. Może nawet poranną herbatę razem wypijemy?.

 

 

 

 

 

 

 

 Przy bramie wejściowej do Todai-ji, pod latarnią~, spoczęła sobie sarna

 

 

 

 

 

 

Pochodziłam po całym leśnym kompleksie świątynnym, zajrzałam do ogrodu botanicznego w którym się zgubiłam (mapa ogrodu nie była zbyt pomocna...), odważyłam się kupić ciastka jelenie przez co moja torba i spódnica zostały zaatakowane przez chciwe pyszczki, pod wieczór wdałam się w dyskusję (monolog) z japońskim poetą północno-koreańskiego pochodzenia z poglądami mocno ANTYsemicko-komunistyczno-pacyfistycznymi... Historię (semicką) Polski i Rosji miał też nieźle opanowaną... Wysłuchałam, że wszyscy rządzący na świecie to Żydzi, Żydzi to komuniści, komuniści są źli i zła również jest idea pokoju, gdyż wtedy pojawiają się nierówności społeczne...!hmm... wcisnął mi odkserowany tomik poezji i nagle się uspokoił.

 

 

 

 

 

 Kofukuji wieczorową porą

 

 

 

 

 Japońskie specjały - gazowana woda sojowa (nie miałam ochoty próbować!)

 

 

 

 

 

 Tak, latam samolotami do Japonii (gdyby ktoś mi powiedział o tym 15 lat temu, mocno bym się przestraszyła...) jest kilka fajnych stron gdzie bilety można dostać w naprawdę dobrych cenach. Tym razem padło na Jeju Air, które jest w tym roku reklamowane przez BIG BANG dlatego kawę na pokładzie piłam z kubka z autografem Syngni, a usta wytarłam autografem TOP'a *^_^* hoho~!

 

 

 

 

 

 Tajfun pokrzyżował plany więc...porobiłam zakupy!(*-*)  W Osakańskiej (Osaczańskiej?) "Akihabarze" szukałam japońskiej wtyczki do komputera a przy okazji znalazłam sklep z przecenionymi płytami (strefa ta jest bezcłowa, jesli db pamiętam). Była tam cała półka z płytami Ayumi Hamasaki, w cenie od 150Y w zwyż. Zdecydowałam się na dwie; DUTY (moja ulubiona) i BALLADS, ballady Hamasaki uwielbiam. Łączna cena  - 600Y^^

 

 

 

 

 

A to moja domowa zielona półka...:-)

 

 

Zdjęcia na MK; vol1, vol2, vol3^^

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

"Swiat schodzi na PSY"

niedziela, 16 września 2012 14:12

 

 

 

 

 

 

Tak ten fenomen określiła moja koleżanka po tym jak wystawiłam na FB linka z Nelly Furtado tańczącej do Ganganm Style. (link na końcu)

 

Szukałam na youtube najnowszych piosenek Nelly (Big Hoops etc)  i akurat ten klip pojawił się (link poniżej). Byłam nie mało zaskoczona. Zaczęłam szperać i się przyglądać. Jeszcze nie całe 3 tygodnie temu "Gangnam Style" miało na youtube ok. 80mln kliknięć (to więcej niż jakikolwiek inny klip K-popowy. Gwiazdy typu 2NE1 czy BIG BANG z reguły zyskują między 20 mln a 30mln kliknięć~) a na dzień dzsiejszy jest ponad 180mln! To że "Koreańska Fala" jest coraz bardziej znana i lubiana poza granicami Azji jest wiadome od dawna, ale najczęściej dociera do odbiorców którzy świadomie szukają czegoś " innego".

Należy dodać, (ja również jestem dumnie winna^^), że największą popularność wśród K-popu mają boysbandy (BEAST, BIG BANG, SHINEE etc) z młodymi, pięknymi, umięśnionymi, zabawnymi młodzieńcami oraz tegoż rodzaju girlsbandy (SNSD, 2NE1,SISTAR, KARA etc) K-pop solowy jest na wymarciu. BoA, pierwsza wielka, trans-azjatycka pop-gwiazda parę lat temu w wywiadzie wyraziła się na ten temat mówiąc, że bycie solo jest obecnie uznawane za nudne a sami artyści czują się osamotnieni... Tym bardziej można by się dziwić skąd PSY (czyt; Sai) zdobywa taką międzynarodową popularność o którą JYP starał się (glownie na rynku amerykanskim) dla Wonder Girls, a SM Entertainment dla BoA. Bo PSY ani młodzieńcem nie jest (34 lata), ani specjalnie piękny, wysoki czy umięśniony a jeszcze żonaty z dwoma córkami. Na Koreańskiej scenie muzycznej (rapowej~) jest od już od dekady. Facet z dużą dozą poczucia humoru i  autoironii (Koreańczyk z krwi i kości!), co db pokazuje okładka jego 6 albumu (fot na początku) sam komponuje, układa teksty a jest także autorem "konika", charakterystycznej (już teraz to kultowyO_O) choreografii do "GS".

 

 

 

 

 

 

Co to jest Gangnam? Jest to dzielnica Seulu uchodząca za bogatą i dystyngowaną, gdzie ceny są znacznie lub niezncznie, ale zawsze wyższe, gdzie jest spora ilość dobrych firm, szkół, miejsc pracy, mieszkań, imprezowni, szpitali, butików, restauracji, klubów itp itd...za jakże właściwą cenę.

Moim skromnym zdaniem na Gangnm nie ma nic czego nie można znaleźć w innych miejscach Seulu, czy Korei. Ot, skondensowana Zachodniość w Koreańskim stylu~ Ale dla czytelników bloga Anny Sawińskiej nie powinno dziwić, że dla (sporego procentu) Koreańczyków miejsca uznawane za luksusowe, drogie i "znane"  są miejscem w którym warto wydać każdego ciężko zarobionego mana (10.000 łonów/KRW), są miejscem dla którego dałoby się posiekać, by tam zamieszkać, chodzić do liceum czy grać w golfa.

 

 To że piosenka jest w Korei hitem żadna dziwota (tu prawie wszystko co rodzimej pop-produkcji staje się hitem~) a i też na każdym kroku słychać ją było (w Korei na rogach ulic są często stoiska różnych sieci telefonicznych z których K-pop pełną parą atakuje z głośników prosto na chodnik). W sierpniu sporo chodziłam na siłownię gdzie leciał stały repertuar i o właśni tam obdarzyłam tę piosenkęszczególnym uczuciem, gdyż podnosi tempo chodu po bieżni czy pedałowania na rowerku z równoczesnym podniesienim kącików ust^^

 

 

A sam text piosenki? O dziewczynie co jest jak Gangnam; ułożona i z klasą za dnia oraz seksowna i szalona nocną porą. (to wedle słów PSY)

Jest również druga wersja piosenki z Hyun'a z 4 minute, ale mi przeszkadza ona nawet w oryginalnej wersji. Co ciekawe, Seungri i Daesung (BIG BANG!~) są równie w klipie, chociaż trudno ich rozpoznać :)

 

 

Kto tańczy konika, kto robi patataj?

 

Nelly Furtado

Today Show

Britney Spears & Ellen

Workout z moją ulubioną pilates-guru

Seungri!^^

 

 

 

A czy ty rówńież masz Gangnam Style?

PSY "GANGNAM STYLE"

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

koncert

środa, 01 sierpnia 2012 9:18

 

 



Nie mam nic do niepelnosprawnych, ale ślepoty nie znosze. Zwlaszcza tej wystepujacej u osób "pełnosprawnych", u których teoretycznie z oczami nie ma problemu. Mam to do powiedzenia; nie widzę (a ślepa nie jestem!) problemu w występie Madonny w Polsce 1 sierpnia. Ludzie przeciwni temu koncertowi, powinni też domagać się zamknięcia kin, teatrów i wszelkich miejsc rozrywki bo tam gdzie rozrywka brak szacunku dla przeszłości. Do tego jeszcze wszystkie inne kanały TV powinny przez cały jeden dzień zapodawać tylko szarą w kolorach przeszłość a WSZYSTKO inne – komedie,  thrillery, teledyski, seriale, reklamy i wiadomości powinny na ten dzień zamilknąć. Słuchać muzyki (poza żałobnej) też nie można. Dlaczego do tego się nie przyczepić i nie kazać zamknąć, uciszyć? Odpowiedź chyba prosta – bo Polskajest krajem demokratycznym, z wolnością słowa. Czemu tę wolnośc zawdzięczamy? Sama już nie wiem. Czasem myślę iż powód leży w miedzynarodowym „trendzie” na
ten stan rzeczy...

Można uczcić pamięcią wybuch Postania a potem iść na koncert. W końcu życie toczy się dalej a nie każdy Polak miał w rodzinie Powstańca, nie każdy Polak był polakiem 60 lat temu. Może nie czują związku z przeszłością? Inna sprawa - a to jeszcze bardziej mnie przeraża -  to katolicki wymiar „skandalu”. Że Madonna
obraża katolików, bezcześci świętą symbolikę, na scenie niszczy katedrę, tańczy
z diabłami... tutaj oślepienie kolorowymi witrażami mnie załamuje. Jeżeli krzyż
pojawia się nie w kościele lub w rękach duchownego  - to źle! Jeżeli jest się innego wyznania – źle! A może by pojść nieco głębiej, zajrzeć za symboliczną otoczkę poza oglądaniem pierwszych minut koncertu, posłuchać również tekstu piosenek,
obejrzeć koncert w CAŁOŚCI, obejrzeć wywiad z „winowajczynią” i na tej podstawie wysnuć swoje własne, nie dyktowane przez „władnych”, wnioski?
Koncerty Madonny widziałam wszystkie i w całości, znam każdy jej album i  teksty piosenek. Uważam ją za mistrzynię w swojej dziedzinie i uwielbiam ją za muzykę która chętnie wprawia mnie w ruch, konsekwencję w wydawaniu kolejnych płyt (nie jak niektórzy, wydają album raz na 10 lat), dyscyplinę (dzięki której wygląda jak wygląda) oraz głód wiedzy i poszukiwania sensu życia. W dużym skrócie – Madonna nie jest ignorantką. Jest gwiazdą i jak na taką „przystało” miewa swoje „diva-moments” i kaprysy, ale ta gwiazda oświetla również tematykę chętnie zamiataną pod dywan przez wielu lub poprostu niewygodną dla sporej  ilości człowieczeństwa. Jej koncerty to nie tylko świetne widowisko ale to również „podróż emocjonalna” która zaczyna się w w ciemnym, „złym” miejscu i stopniowo przechodzi ku swobodniejszym rytmom, jasności. 
Co złego jest w tym? Chyba raczej inspirujące i nawiązujące w pozytywny sposób do nie tylko chrześcijaństwa ale i do innych wyznań, bowiem wszystkie religie trzon wiary i doktrynę mają podobną, by nie powiedzieć wspólną. I jest to jeden z jej motywów koncertowych – pokój. I obojętnie jak infantylnie i kiczowato to brzmi, chyba wszyscy w głębi serca, świadomie lub podświadomie, tego chcą. A muzyka, dzięki dźwiękom alfa, może wypełnić nas radością i lekkością i chociaż
na chwilę frustracje znikną i może chetniej nam przyjdzie przytrzymać babuni drzwi od sklepu czy dziadkowi pomóc wsiąść do autobusu... itp itd^^   więc otwórzmy serca które sprawią, że nasza ślepota zniknie (lub poprostu otwórzmy szerzej oczy) . A jeżeli to dalej komuś przeszkadza, niech nie ogląda!

Co z oczu to z serca.

 

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

zabawy z sarnami

niedziela, 22 lipca 2012 14:52

 

 

 

 

 

 

 

 

Poza tym, że przytachałam (po raz kolejny) zapasy zielonej herbaty (sencha!) przywiozłam również zaziębienie... -_- sama nie wiem jak to się stało, chyba poprostu za późno chodziłam spać a za wcześnie wstawałam w  tygodniach poprzedzających wyjazd, powtórzyłam też duży błąd sprzed 2 lat - piłam za dużo lodowatych napojów na ten duszno-parny gorąc jaki tu się nagle pojawił (przecież jeszcze w kwietniu spałam w polarowych gaciach i ogromnych wełnianych skarpetach!). Do tego jak zwykle klimatyzacja, którą trudno w tym kraju ujażmić. A w sobotę (30 czerwca) rano doszedł jeszcze ogromny stres pod postacią lotu w deszczu i kłębach ciemnych chmur. Jak wiadomo, latanie nie nalezy do moich pasji...w ostatnich latach trochę oswoiłam się z tymi trumnami, siłą rzeczy, ale tylko gdy jest na co patrzeć za oknem!( Patrzenie na oddalające się bloki i ludziki, układ dróg i autostrad, ilość zieleni w Seulu (zero!) i wodę i te poduszki z bitej śmietany~^^) Tyleże w sobotę lecieliśmy jak we mgle - nic nie widać, najpierw szaro, szaro, szaro potem biało, biało, biało. (Droga do Niebios??~~O_O))

 

 

 

 

 

 

 

 

A potem deszcz w Narze przemoczył mi skórzane klapki i to był już gwóźdź do trumny. Ale co tam, sarenki w Narze warte są każdego kichnięcia, kaszlu i straconego głosu!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W marcu w Narze była cudna pogoda a sarny na wyciągnięcie ręki tak mnie zachwyciły, że zdążyłam obejrzeć tylko Kofuku-ji a o Todai-ji zupełnie zapomniałam. Kupiłam za to 3 kimona za 1000 yenów! (ok 40 zl??). Wycieczka do Kioto okazała się mniej rewelacyjna. Tym razem obie wycieczki (do Nary i Kioto) były skąpane w strugach deszczu, zobaczyłam Todai-ji  i zachwyciłam się wielkością Buddy oraz "Czerwonego Kapturka" na warcie przed Todai-ji, japońską młodzieżą szkolną w popłochu uciekającą przed chciwą zwierzyną Nareńską i martwą cykadą, jaką dojrzałam przypadkiem na sekwoi (o którą chciałam się oprzeć by wylać wodę z klapek...). Chciałam też kupić kimona w tym samym sklepie co w marcu ale...i tutaj nauczyłam się ważnej lekcji! I tutaj wyzbyłam się myślenia "polskiego turysty" ! Lekcja na całe życie! Zakupy robimy NA POCZĄTKU! Bo potem może nie być, albo jak w przypadku Nary, sklepy zamykamy o 6 a jeszcze wcześniej gdy jest ulewa! Nie kupiłam kimon. Żeby dojść do parku i Todai-ji jest dróg kilka od dworca, ale żeby dojśc do Todai-ji przez park i Kofuku-ji jest właściwie tylko jedna droga - wiodąca przez słodką ulicę ze słodkimi sklepami sprzedającymi słodkie japońskie cuda. I dojrzałam kimona, nawet przejrzałam parę i powiedziałam sobie; "za 2 godziny obkupimy się~" i poszłam, jak na "wartościowego turystę" przystało, dalej w świątynie, sarny i lasy z ręką coraz mocniej trzymającą parasolkę. Do hotelu wróciłam  mocno zmokła z zadowalającym doświadczeniem wygłaskania uszu i główek saren (nawet dotknęłam rogów jednej/ego - są ciepłe! - Tego na biologii nie uczyli~^^) ale mocno niezadowolona z niezakupionych kimon. W Kioto podobna historia. Wstałam późno w niedziele, bo nagle katar i kaszel mną zawadnął, do tego lało się za oknem jak z wodospadu. Pojechałam najpierw za Kioto, do synnego lasu bambusowego Arashiyama. Może warto wspomnieć, że gdy autobus opuszczał te zielone tereny nagle wyszło słońce...-_- Gdy trafiłam do Kioto, skierowałam kroki do sklepu z kimonami (który upatrzyłam sobie w przewodniku, tylko nie pamiętam czy napisali godziny otwarcia i ZAMKNIĘCIA. W NIEDZIELE!~). Fiasko, i nawet sklepy z czekoladkami w Gion były już zamknięte...w żadnej "żabce" (lawson, 7/11) nie dojrzałam ani jednego kit-kata z zieonej herbaty, (wszędzie mnie przepraszali, że nie mają...) a! i znowu ani jednej gejszy/maiko nie widziałam...! -_-  Honor uratował mi sklep z herbatą, (chociaż już też liczyłam się że i on będzie zamknięty, ale ponieważ mają w nim i herbaciarnię, to najwyraźniej doszli do wniosku że może być dłueżj otwarty...) sklep Gion-Tsujiri oferuje lokalną herbatę (zwłaszcza zieloną) oraz najrózniejsze ciastka i lody z zielonej herbaty. Ja oczywiście poszłam do półki z Senćą (sencha - 煎茶). Poszalałam, kupiłam odmiany senci nie wiedząc na czym polegają różnice (znaki kandzi ograniczają mnie, a pytanie o to ekspedientki po japońsku byłoby nieco trudne. O angielskim zapomnijmy!). Zakupy są NAJWAŻNIEJSZE! :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ponieważ ostatniej wycieczki do Japonii nie miałam ...(jeszcze) okazji opisać, dziś zamieszczam... skrót wydarzeń. Skrót z marca/kwietnia i z ostatniej lipcowej wycieczki :D Pod postacią zdjęć (Miss Korea).

 

 

 

 

marzec 1, marzec 2

 

 

lipiec 1, lipiec 2, lipiec 3

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

31 A

sobota, 30 czerwca 2012 16:39

 

 

 

 

 

 

 

Tak dziś rano wyglądała rzeczywistość za moim oknem. Wreszcie nastał sezon deszczowy w Korei - ja się nie cieszę, ale ogórki - tak!

Deszcz z Korei trafił i do Osaki a potem do Nary, gdzie przmoczył mi kompletnie sandały i popsuł trochę zabawę z sarnami.Tak! Znowu w Japonii. Nie wierzę, że wciąż nie wrzuciłam zdjęć  z marca ale pozwolę sobie wymieszać obecny weekend z marcowo-kwietniowym.

Do zobaczenia!

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Po bezach, magnoliach i wiśniach

sobota, 09 czerwca 2012 5:27

 

 

Mama przysłała mi zdjęcie krzaku bzu, którego kupiłyśmy 4 lata temu, z okazji urodzin,  ponieważ uwielbiam bzy^^ Gdy go ostatni raz widziałam w 2009 roku(co i rusz obsikiwany przez Śmierdziela~!) ledwo wyrosły odnóżek z lekko fioletowymi kwiatkami ucieszył mnie, a tej wiosny wygląda już jak prawdziwy krzak rosnący ku drzewom . To przypomniało mi, że tej wiosny nie byłam wstanie odróżnić bialych kwiatów wiśni czy magnolii od moich chusteczek wiecznie zasłaniających mi oczy. W okolicach Seulu wiosna zaczyna się od kwitnących wiśni, za którą kwiaty otwierają magnolie a po nich w parkach wybucha zielnią. Bzy natomiast leniwie ukazują się pod koniec kwietnia.

Poniżej to co udało mi się uchwycić na samym początku wiosny, w Japonii w Narze i Kioto, oraz samą końcówkę kwiatową w Seulu, pod koniec kwietnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

30 marca, Nara

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

31 marca, Kioto

 

 

 

 

16 kwietnia, Incion

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

21 kwietnia, Incion

 

 

 

23 maja, Gdynia

 

 

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

W Korei

środa, 30 maja 2012 16:30

 

 

 

 

 

Zapraszam do (ostatnich godzin!) glosowania na ksiazke Anny Sawinskiej "W Korei".

 

 

Tutaj mozna oddac glos ; http://www.ksiazkanalato.pl/index.php?content=glosowanie

 

 

Na jej blogu fragment ksiazki; http://wkorei.blogspot.com/2012/05/ostatni-rzut-na-tasme.html

 

Tutaj wywiad z autorka; http://ksiazki.wp.pl/tytul,Byc-Polka-w-Korei-z-Anna-Sawinska-rozmawia-Katarzyna-Zielinska,wid,19321,wywiad.html

 

 

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Urodzinowy Weekend

piątek, 25 maja 2012 2:39

 

 

Nie żałuję wydawać pieniędzy, które zarabiam (zasilanie kont kekarzy i farmaceutów JEST jedynym wyjątkiem~!) A właściwie, sprawia mi to wielką satysfakcję i oscyluje w granicach wielkiej, chwilowej radości. A urodziny to dobry czas na robienie większych i częstszych zakupów. Trzeba poświętować kolejny rok mądrości ;D

 

 

Tak mniej więcej spędziłam zeszły weekend.

 

 

 

 

Mopsa (jeszcze) nie kupiłam, ale znalazłam sklep z jego "asortymentem" ^^

 

 

 

 

dużo pracy, którą lubię ale bywa bardzo męcząca psychicznie i fizycznie,  pozostawia swoje piętno na twarzy, a zwłaszcza pod oczami. Duży upgrade od zeszłego roku - Innisfree (które nadal częściowo uzywam) zamieniłam na SKII ^^

 

 

 

 

jeden z gratisow - błyskotka z kryształem Swarovskiego

 

 

 

reszta gratisów obejmowała mini wersje 7 różnych produktow SKII, maseczka wybielająca oraz 2 kosmetyczki.

 

 

a w zasadzie kupiłam krem pod oczy oraz "facial treatment essence", coś w rodzaju toniku.

 

 

 

 

nie posiadam karty Hyundai'a, więc nie przysługiwał mi bon na zakupy, ale dostałam bilet do kina na "Wszystko o mojej żonie" - podobno bardzo dobry. Obejrzymy, zobaczymy.

 

 

 

 

nie mogłam się zdecydować który z tych perfum kupić, więc kupiłam 3...mini wersje^^

 

 

 

 

ochrona przed słońcem jest ważna, ale jest to dodatkowy element chemiczny na twarzy, więc czasem (zwłaszcza wieczorem) lubię nałożyć BB krem bez SPF, o co trudno w Korei, ale udalo mi się takowy znaleźć z dużą iloscią załączonych próbek^^

 

 

 

 

po zakupach trochę zmęczona odpoczeęłam w suszarni:)

 

 

 

 

a potem wesolo potruchtałam do Bau-House'u, ktory nie jest już w HD tylko przeniósł się na Hapdziong (합정).

 

 

 

Dalmaczyki wiecznie razem i wiecznie spłoszone.

 

 

 

 

jeden z moich ulubieńców, Bau:D

 

 

 

koleżanka z pracy zaprosiła mnie na swój koncert hegymowy (haegeum - tu link) w pałacu Un-Hjon (strona pałacu)

 

 

koncert akurat odbywal się w moje urodziny *^_^*

 

  

 

 

potem obejrzałyśmy paradę z okazji urodzin Buddy (chociaz to dopiero 28 maja)

 

 

 

 

lampioneczki^^

 

 

 

pączki lotosów

 

 

 

i najbardziej rozbrajający moment - mnisi i ich młodzi podopieczni

 

 

 

 wniebowzięty gibbon^^

 

 

serce 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

dzien pierwszy, dzien drugi, dzien trzeci i dwudziesty maja^^

niedziela, 20 maja 2012 4:40

 

 

 

poszłam do kawy zrobić sobie kuchnię...yyy...wróć! Do kuchni zrobic kawę i czekając na zaparzenie odśpiewałam sobie 100 lat gdy nagle szalony gołąb wleciał przez okno z odsłoniętą moskitierą~! nadchodzi lato...i dużo otwartych okien...a przez okna, jak wiadomo, różne rzeczy potrafią wpełznąć...O_O

 

 


Wreszcie uzupełniłam galerie, na zdjęcia z Tsusimy zapraszam na MK

 

dzień 1, dzień 2, dzień 3, dzien 3 - w drodze, dzień 4 , in motion

 

oraz naprawiłam link (tzn znalazłm inny, tyleże krótszy) do piosenki Ayumi Hamasaki

 

tutaj

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Historia Wiosny

niedziela, 13 maja 2012 17:39

  

 

 

Czy kiedyś pisałam coś na temat „flow”?~ Bo gdy pisałam to byłam świadoma, że „wiosna” niesie ze sobą wirusy itp, ale nie przypuszczałam że WYKRAKAM sobie ponad  7 tygodni kataru, kaszlu i bólu głowy!!

Jest 13maja, i nareszcie czuję , że moje życie wróciło do swoistego status-quo (bez extremy, rzecz jasna!). Jest 13 maja i od ponad tygodnia jest lato i w związku z tym mam doła, bo wiosna gdzieś myknęła nikle i zwiała z wiatrem, a wiatr zostawiła...na moje nieszczęście.

Może zacznę od początku, chociaż nie wiem gdzie ten początek miałby być.?! W lutym (po zaledwie 3 miesiącach w nowym bytowaniu)  podjęłam decyzję o kolejenej przeprowadzce. W marcu (bo wkońcu wiosna!) szukałam odp lokum – i znalazłam. W marcu rozpoczęłam dodatkowaą pracę, która wymaga odemnie wstawania (dzięki Bogu tylko 2 razy w tygodniu!) o 5.30! (O_O??). W marcu także czekała mnie  „business trip” do JPN. W marcu również wiało Czyngisem gdzie i na kogo popadnie a mi z nosa ciągle leciało, głowa mnie bolała i wyglądałąm jak na wiecznym kacu ( i tak też się czułam!) Pod koniec marca poszłam do lekarza – dostałam prochy na 3 dni i 2 zastrzyki. Strach mnie ogarnął gdy na 1 dzień po zakończeniu „kuracji” i na 1 dzień przed wylotem do Osaki symptomy wróciły. Na 3 godziny przed odlotem (chwała Bogu lotnisko miałam 2 przystanki metrem) poszłam znowu do lekarza – prochy na 3 dni i zastrzyk.

W Japonii tak jakby lepiej się poczułam, z dala od stepów Mongolskich i Chin, w cieplutkiej wiosennej (!) pogodzie nareszcie ubrałam nową wiosenną (!) kurteczkę i w martensach z rozdziabionym dziobem w stronę słońca dreptałam po Osace i Narze, tuląc  i klepiąc po główkach jelenie(sarny?). Czułam sie db więc po co mi prochy?! Późną nocą oglądałam MŚ w łyżwiarstwie figurowym popijając zimną herbatę z mlekiem i zagryzająć kit-katami z zielonej herbaty (taki mój standardowy zestaw w JPN...)  i czułam, że najlepsze dopiero przedemną!*^_^*........Gibbonie........, naucz się sprawdzać prognozę pogody...i zawierzać jej...!

W sobotę miałam odbyć wycieczkę marzeń miliona ludzi – Kioto. I odbyłam ją – w deszczu, wichrze i lodowatej temperaturze. W Gion ani jednej gejszy nie widziałam, a zapłaciłam za kolację jakbym jadła ją w towarzystwie tych „mówiących kwiatów”. Jedyne co mi zostało to zakupy – nakupiłam zielonej herbaty w formie naturalnej i czekoladowej tyle, że musiałam dokupić drugą torbę. Następnego dnia, w samolocie, Matka Natura uraczyła mnie swoją wizytą, i jak na złość zamiast porządnego lanczu („konam z głoduuu!!”) dostaliśmy czipsy ryżowe. W wersji mini. -_- W poniedziałek, znowu katar, znowu głowa i jeszcze kaszel. Wrócilam do papierowej torebki z wykupioną receptą. 3 dni lepiej i znów dzień po ostatniej pigułce– wszystko wróciło do „normy”. W aptece kupiłam cokolwiek, co by pozbyło się bólu głowy, a gdyby i mniejszy nos za tym poszedł – to bonus.

Fiasko; Głowa ciągle mi ćmiła, oczy jak nie spuchnięte to łzawiły, dziennie paczkę chusteczek wydmuchiwałam i żyjemy dalej. Do tego jeszcze w pracy ciągle słyszałam o jakimś projekcie, który ciągle dawano mi do wglądu, ale o którym oficjalnie nie zostałam poinformowana czyli nie zostałam przydzielona do „team-u”. W środę przdpołudniem zamówiłam firmę przeprowadzkową na sobotę rano (jedyny termin w owy weekend). Popołudniu zostałam poinformowana (oficjalnie), że w sobotę rano biorę udział w owym projekcie. O_O!!  I co robić?!? Nie mogę przełożyć przeprowadzki na niedzielę, bo wszystkie firmy zajęte a wyprowadzić się muszę do niedzieli do północy. Nie mogę powiedzieć w pracy, że w sobotę nie przyjdę bo wkońcu zostałam poinformowana na ponad 48 godzin przed a pozatym od ponad 2 tygodni wiedziałam co się święci. No i „jest to bardzo ważne przedsięwzięcie!” (no jasne, bo w sobotę!~-_-) Ból głowy nagle się wzmocnił.Ale sięgnęłam w głebiny swej mądrości i pocieszyłam się; NIC NIE TRWA WIECZNIE oraz WSZYSTKO DA SIĘ ZAŁATWIĆ. I to chyba pomogło mi siedzieć w pracy po godzinach, nie zwracać uwagi na współpracowników i dmuchać nos co minutę  ( w Korei spluwać na chodnik można, ale dmuchanie nosa jest wielkim faux-pas), olać niewyspanie, pakować pudła przez pół nocy i dnia następnego po przerzuceniu pudeł do nowego lokum, polecieć prosto do pracy. (Był to 14 kwietnia, a ja dopiero wczoraj rozpakowałam ostatnie pudło i urządziłam się ostatecznie... ? ) Pod wieczór jeszcze musiałam wrócić na stare śmieci, by ...wyrzucić śmieci:)

Cały czas wiało i jednego dnia słońce a potem przez 2 dni lód lał się z nieba. Poszłam do pobliskiego 한의원 (han-yi-łon -  przychodnia medycyny orientalnej). Zostałm z 5 razy zapytana o zabarwienie swoich glutów i rodzaj oraz częstotliwość kaszlu. Zostałam pokłuta w szyję i na twarzy; najpierw igłami z lekarstwem (potwornie bolało, zwłaszcza w okolicach nosa)  a potem  (ćim - akupunktura) w te same miejsca (miałam przez 2 dni siniaka na brodzie!-_-), czerwone światło na stopy a na brzuch położono mi termofor. W ciągu 30 minut mogłam normalnie oddychać, nie dusiłam się kaszlem. Dostałam również 한약(han-jak - lekarstwa) na 3 dni. Drugiego dnia poczułam się jakby ponad 50% mojego ciała wróciło do mnie.

 

 

 

 

 

 

 

to w plynie smakowalo paskudnie, ten proszek natomiast jakby troche miodu w niego wlepili^^

 

 

 

 

 

 

 

Dzień, a nawet drugi,po ostatniej dawce nadal czułam się świetnie. Tak świetnie, że wybrałam się na spotkanie towarzyskie... w potwornym deszczu...i wichrze...czekając w nieskończoność na autobus przemoczyłam  nogi a do domu trafiłam grubo po północy. 2 dni później – powtórka z rozrywki. Wzięłam 1 dzień wolnego, pogramoliłam sie leniwie w łóżku i poszłam do szpitala, gdyż nie tylko chciałam się upewnić czy moje zatoki przypadkiem nie zostały zjedzone przez wirusy ale i z inną, lekko niepokojącą mnie sprawą. Poszłam do bdb szpitala (witamy w Yonsei) i chyba był to ostatni raz... Po pierwsze pani dr wyśmiała moją wycieczkę do han-yi-łonu, po drugie zapewniła mnie że mam chore zatoki i kazała zrobić rentgen który niczego nie wykazał, ale na wszelki wypadek zapisała mi antybiotyki...! Na conajmniej 5 dni! O_O Antybiotyki olałam bo czułam się nienajgorzej. Nie na długo rzecz jasna – kolejny zimny podmuch, kolejny dzień z chusteczkami i tylenolem. Znowu odwiedziłam dziadka w han-yi-łon’ie. Znowu pokłuł mnie boleśnie, znowu oświecił nogi czerwonym światłem i dał han-jak na 3 dni i powiedział ogólną prawdę; dużo odpoczywać, pić ciepłą wodę i nie wietrzyć się w zimne dni. Tym razem dłużej zajął mi powrót do 90% zdrowia, ale zabroniłam sobie chodzenia po lekarzach i aptekach a nakazałam sobie spać ile wlezie, chodzić w kurtkach, czapkach i szalikach nawet w słoneczne dni i co noc spać z 2 butelkami gorącej wody i w grubych skarpetkach. Jakoś dni leciały coraz znośniej, chociaż cały czas miałam skórę na nosie mocno zdartą. I jakoś nagle przyszły gorące dni (ja twardo z kapturem na głowie, grubą apaszką na szyi, w długich spodniach i z gorącym tumblerem w pracy) i z dnia na dzień było zemną coraz lepiej. Ogólnie czuję się bdb, tyleże nawet dziś zakasłałam grubo i parę razy dziennie zdarzy mi sie sięgnąć po kilka chusteczek na raz.

 

Ale jest nadzieja, póki gorąco.

^^

  



 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Piechotką po Tsuszimie cz 2 -" Świat jest mały a Tsuszima jeszcze mniejsza "

czwartek, 22 marca 2012 8:59

 

 

(blogowanie ostatnio nie idzie mi najlepiej...)

 

 

 

Wczesnym ale już ciemnym czwartkiem zaparzyłam zieloną herbatę i zapakowałam się pod wielką kołdrę puchową spod której oglądałam mega długi program edukacyjno-rozrywkowy o Noworocznych zwyczajach japońskich. Czy makaron soba je się w wigilię Nowego Roku czy pierwszego dnia? Kiedy robi się porządki noworoczne? Jakie owoce wchodzą w skład stroika na drzwi? Jaką symbolikę zawiera kartka noworoczna i jak, oraz co, należy na niej pisać? Co się je podczas pierwszego posiłku w Nowym roku, w jakiej kolejności i kto pierwszy w rodzinie podnosi pałeczki? Itp itd Po 2,5 godzinach przełączyłam kanał...Kolejny kanał kolejna "japońskość" tym razem w wykonaniu Takeshi Kitano. Takeshi-san przebrany za licealistkę ( w mundurku), zachęcał gości swojego programu do jedzenia sushi, z których jeden na trzy było ostro-gorzki a druga “zabawa” polegała na ciągnięciu za sznurek, przez co na któregoś z uczestników (albo I na pociągającego) spadał wielki, blaszany garnek… (mam nadzieję, że wszyscy byli ubezpieczeni~). Zgasiłam światło na długo przed północą i zasypiałam w wielkiej ciszy z kojąco dzikim pogłosem pisków wielkich ptaszysk – które na noc milkły po to by ogłaszać świt o 7 dnia następnego . Poczułam się znowu jak człowiek.

 

 

 

 

30 grudnia, wczesnym popołudniem, wsiadłam w pusty autobus (tylko 3 dziennie, więc warto nie przegapić) który, górskimi drogami i lasami, w ok 3 godziny dowiózł mnie na drugi koniec wyspy do miasta Izuhara. Izuhara to “centrum” Tsuszimy, z większą ilością ludzi, hoteli, kawiarni i miejsc cywilizacyjnie adekwatnych. Miałam zamiar spędzić noc w świątyni Sejzanji (hostel), ale mnich jeszcze na schodach wiodących do świątyni przeprosił mnie ogromnym uśmiechem mówiąc że przez tydzień mają wakacje. W hotelu w którym się w końcu zatrzymałam zagadała mnie “Recepcjonistka”. Na początku nie wiedziałam o czym mówiła, ale doszło do mnie gdy jej twarz wydawała mi się po paru chwilach znajoma… Ta pani, rano w Hitakatsu, robiła mi śniadanie!... (a popołudniu dnia następnego zawiozła mnie swoim mini-samochodem na terminal^^)

 

 

 

 

Resztę piątku spędziłam na poszukiwaniu gorących źródeł Ariake…nikt nie wiedział o czym mówię. Zgłodniała zamówiłam ryż z jajecznicą a trójka, wesoło gawędzących, panów siedzących obok poczęstowała mnie sashimi  potem skomplementowali mój japoński oraz moje pochodzenie, a także pogratulowali życia w Korei a następnie pomogli w poszukiwaniu innych źródełek (z których “słynie” ta wyspa!!) Jeden z panów nawet udał się na przystanek by sprawdzić mi autobusy wiodące do hotelu w którym ponoć można się wesoło popluskać. Wdzięczna byłam co nie miara!. Autobus wywióżl mnie w ciemny las i…wysiadłam na jakimś nieznanym mi przystanku. Żadnego hotelu w okolicy, tym bardziej źrodeł. Zrozumiałam, że za późno wysiadłam i radź se teraz gibbonie na łonie natury!! Poradziłam sobie – poszłam do szpitala^^ Zagaiłam panów za okienkiem. Ci coś między sobą uzgodnili, 5 razy głęboko skinęli głowami i jeden z nich wychodząc z kanciapki uprzejmie zaprosił mnie do samochodu. …O_O  W każdym innym miejscu na ziemii, w  każdej innej ciemnej dziurze w takiej chwili uciekłabym jeszcze głębiej w ciemny las, ale szybko wyczaiłam, że ten człowieczek oferujący mi “przejażdżkę do hotelu” jeszcze bardziej jest przerażony tą sytuacją niz ja. 5 minut jazdy, i między drzwiami samochodu a hotelem wiłam się w pokłonach jak rodowita japonka! W hotelu rozczarowanie….gorące źrodła? Sauna z basenem dla dzieci! Taka jak w Korei! Weszłam na 10 minut, poogladałam ciemność za wielkim oknem, umyłam włosy i ciało w Shiseido i postanowiłam skontaktować się wreszcie ze światem lądowym.  Przez 20 minut czekałam aż naprawią jedyny komputer w lobby hotelowym… byłam zmuszona pojechać taksówką do swojego hotelu BO o 20 w piątki autobusy już nie jeżdżą! NIGDZIE! (niedźwiedzi się boją czy tych kotów??) W lokalnym markecie w towarzystwie japońskich pieśni folkowych minyo (czyt; minjo) zakupiłam kilka paczek zielonej herbaty, dobry zapas sushi i sashimi, mega przecenione pałeczki z królikami (zmiataj króliku, oto smok nadchodzi!) oraz żelki w formie…kupy (temat bardzo lubiany przez japońskie i koreańskie dzieci- małe i duże~!). Poranną sobotą obejrzałam świątynie.  Banshoin, z majestatycznie długimi schodami, obdarowało mnie omikuji (czyt; omikudzi – czyli wróżba) której jeszcze nie rozszyfrowałam ale na wszelki wypadek zawiązałam na gałązce drzewa (tak się robi ze złymi wróżbami ^^) 

 

 

 

 

Schody w Banshoin

 

 

 

 

sekwoja przy schodach w ㄴ쟈atyni Banshoin

 

 

 

 

Koniec końców, kocham być n łonie natury ale zaczęłam już tęsknić za…skrzynką pocztową (tą elektroniczną) i filmikami z youtube.

Nie wiele mi do szczęścia potrzeba…:)

 

 

czy to jest ten slynny kot z Tsuszimy? (Mara, licze na Twa pomoc ;))

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Piechotką po Tsuszimie cz 1 ; "Fairyland"

niedziela, 11 marca 2012 13:20

 

 

(drobny poślizg w publikacji. Redakcja przeprasza i życzy miłego czytania:)

 

 

 

 

 

Jeśli szukasz miejsca w którym można odpocząć od ludzi, od pędu życia, od języka i bredni na codzień słuchanych, od samej siebie pogrążonej wiecznie w przymusach cywilizacyjnych a do tego wrzucić trochę wspomnień z harcerskich survivali, wyspa to dobre miejsce. Tak się składa, że jest pewna wyspa należąca do kraju wyspierskiego. Ten kraj to Japonia a ta wyspa to Tsushima.

 

 

 

 

 

 

 

 

Płynąc promem z Pusanu do portu Hitakatsu, na Północno-wschodnim brzegu wyspy, nie dziw się, że będziesz jedyną jasno-oką jakoże ponad 90% turystów zagranicznych na Tsushimie to Koreańczycy którzy albo jadą oglądać wyspę poniekąd w "żałobie" (Tsushima - po koreańsku DEMADO - wieki temu należała do leżącego na Półwyspie Koreńskim państwa Pekdze (po jpn . kudara)) albo by  łowić ryby.

 

 

 

 

 

Straż graniczna (zwłaszcza oficer r.m.) będzie uskrzydlona na Twój bladolicowy widok i wydobywając z czeluści mózgownicy swój zakurzony angielski zapytają, z ciekawości, o rzeczy o które Koreańczyków nie pytają jak np. "łee aa juu furom" (where are you from?). Uprzejmie zapyta czy może zajrzeć do Twojego plecaka ("joo beeg ken aj sii?") i na widok Twoich intymnych należności lekko zawstydzony (lecz z domieszką perwersyjnego błysku w oku) powie "oł, aj sii~"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy już cała szczęśliwa, że jesteś wolna od wszelkich formalności życia i właśnie zaczynasz (4 dniowe~)wakacje,  zaczniesz iść w stronę jakąkolwiek ku wolności, staraj się nie unikać policjanta (którego wzięłaś za natarczywego taksówkarza), który zaraz po Twoim wyjściu z terminalu zacznie z lekkim zakłopotaniem truchtać za Tobą. Poddaj się temu niewysokiemu panu, który z wielką ulgą przejdzie z angielskiego na język koreański i w swoim wielkim notesie ołówkiem odnotuje drobne ciekawostki na Twój temat. Nie bój sie własnej odwagi( czy też arogancji~) i gdy mówiąc że jesteś studentką na koreańskiej uczelni zdradzisz panu jej nazwę (Yonsei University). Twoja szczerość równać się będzie z jego wybałuszeniem oczu oraz wielkim krokiem w tył wraz z zamknięciem wielkiego notesu, i bedziesz mogła już swobodnie i pewnie przemieszczać się po wyspie. Dzięki panu policjantowi dowiesz się również, że dobiłaś do innego portu niż do którego wydawało ci się, że dobijesz...! Ale całe szczęscie to nieduża wyspa no i mamy autobusy (hello, tu JPN XXI wiek!~) . Spragniona kawy i zebrania myśli wejdziesz do najbliższej (i jedynej) kawiarni gdzie do wyboru będziesz miała americano lub… americano. Zamiast mleka - śmietanka. Los okaże Ci przychylność  bo oto w tejże restauracji znajdue się również hotel. Uradowana zostawisz w recepcji tobołki do czasu "check-in" i tylko z plecakiem na 4 godziny znikniesz w pobliskich słoneczych pagórkach usypanych małymi chramami co 3 metry w towarzystwie pisków wielkiego ptactwa wiejącego po bezchmurnym, niebieskim niebie. Radość z bycia zupełnie samej na łonie natury każe Ci poopalać stopy oparte na kamieniu - milutko ciepło. W drodze do hotelu, i zaglądając do lokalnych sklepików, odczujesz przeszywającą ciszę Hitakatsu. Domy są, nawet bloki! A gdzie ludzie?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

pyszna sencha (czyt; sencia) hotelowa..:)

 

 

Dnia następnego zauważysz też, że do pełni szczęścia wystarczy wypożyczony na cały dzień rower na którym będziesz z ogromnym uśmiechem pedałować po dolinie Hitakatsu i podglądywać życie rybaków i innych, nie wiadomo czym zajmujących się, ludzi. Zajrzysz to tu to tam, przekonasz się, że nawet na rowerze ucieczki z doliny nie ma bo wokoło albo góry albo woda. Odkryjesz prześliczną plażę z turkusowym morzem, restaurację o nazwie „Momo tarou” (!^^), drzwi domów ze stroikami noworocznymi. Czujesz się niczym nieograniczona, czujesz że TAK mogłabys już żyć do końca swoich dni, znalazłaś swoją małą wysepkę na której możesz oddychać głęboko, schować się w lesie, w górach gdy zajdzie taka potrzeba.

 

 

 

 

 

Przedpołudniowym i pochmurnym piątkiem, przechodząc raz jeszcze pustą ulicą z licznymi cichymi domami, po raz pierwszy pozwolisz zatkać tę ciszę muzyką z mp3. Losowo włączy się "Fairyland" Ayumi Hamasaki i ze łzami w oczach przypomnisz sobie jak ledwie 4 lata wcześniej słuchałaś tej piosenki w domu, w Gdyni, samotnie spacerując po wietrznym bulwarze, pobliskim jesiennym lesie marząc o zbyt dalekiej, nieosiągalnej Japonii. A teraz, sama dreptasz po swojej wymarzonej, sennej i nieochrzczonej wyspie. 

 

 

 

 

 Czyżbyś za czyms tęskniła?

 

 

 

Bojaźń spełnionego marzenia?

 

 

 

 

 

 

 

 

Ayumi Hamasaki - FAIRYLAND

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

cdn

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ślub po Koreańsku

niedziela, 26 lutego 2012 13:47

 

 

 

 

 

 

 

Nadszedł jej najważniejszy dzień w życiu, jak to sama obwieściła 8 miesięcy wcześniej, a mianowicie, dzień ślubu. Nie tradycyjny koreański w hanbokach, nie cywilny (ten odbył się 4 miesiące wcześniej) ani nawet kościelny, chociaż w naszym polskim rozumieniu było to „najbliższe” kościelnemu. Tae należy do mniej niż 5%wego grona japońskich Chrześcijan więc, błogosławieństwo pastora owszem było ale... na tym "akcent religijny" się zakończył. Ceremonia odbywała się w „Centrum/ośrodku ślubnym” (Yonsei rzecz jasna!) gdzie na tym samym piętrze co ślub jest i restauracja/bufet i sala zdjęciowa. Ślub dla Koreanek i Japonek to kwestia niemalże życia i śmierci, czy nawet honoru, a otoczka ślubna jest bezcenna i bez niej ślub nie ma większego sensu. (Zdjęcia ślubne młodej pary zostały zrobione już we wrześniu - poniżej) Był to pierwszy ślub w białej sukience po koreańsku na którym byłam, więc nie za bardzo wiedziałam czego się spodziewać, co robić. W tłumie gęstycch czarnych głów wyłapałam lekko łysięjącą, z dużym nosem uczepionym do twarzy - kolega z Francuz, którego poznałam na Yonsei, w 2009 (uczęszczał do klasy obok i na przerwach wraz z gronem mówiącym po angielsku wymienialiśmy się swoimi "bojaźniami" względem języka którego przyszło nam się uczyć!). O czym mówiłam? A! O tym "co się robi" na takiej imprezce.

 

 

Organizacja takiej ceremonii ślubnej wymaga conajmniej kilkuosobowego personelu, który non-stop podczas zaślubin krząta się wokoło młodej pary do ucha mówiąc im co w danej chwili mają zrobić, a jak szybko (palli, palli!!) małżonkowie nie zareagują to sami organizują ich ruchami ; odwracając ich w odpowiednią stronę, odwracając „właściwie” ręce, wtykając im różne przedmioty do rąk i wskazując gdzie mają patrzeć. (wygląda to bardziej jak próba teatralna w kostiumach...) do tego konferansjer cały czas komentuje zdarzenia dając tym samym kolejne „wskazówki” nowożeńcom. Natomiast mnie najbardziej zdziwili obserwatorzy (goście), którzy non-stop gadali między sobą, bawili się swoimi telefonami, lub bezpardonowo gadali przez nie co i rusz wchodząc i wychodząc. Na czym tak naprawdę polega taki ślub? Według mnie są 2 powody; pierwszy to; odczytywanie listów dziękczynnych rodzicom (gdyby listy przetłumaczyć bezpośrednio na polski to, z całym szacunkiem, trudno byłoby słuchać...tego bardzo podniosłego stylu) przy akompaniamencie łzawej muzyki, która "ułatwiała",( już itak mocno wzruszonej ) czytającej pannie młodej uronić, więcej niż kilka, łez (no poprostu katharsis! - ja również okazałam się podatna na słowa w zestawieniu z muzyką...!O_O!!) Najpierw list synowej względem rodziny męża, potem list córki względem swojej rodziny (w wypadku Tae do ojca i starszej siostry oraz do nieżyjącej matki – nikt więcej z Japońskiej rodziny nie przybył na ślub...) na końcu list pana młodego względem rodziny panny młodej. Drugi powód takiego ślubu to; (niekończące się) zdjęcia.  Od tego jest (trochę nerwowy) pan fotograf, który rozporządza ruchem posługując się na zmianę koreańskim i japońskim.

 

 

 

Pierwsza sesja; nowożeńcy, druga sesja; nowożeńcy z rodzicami, trzecia sesja; nowożeńcy z rodzinami, czwarta sesja; nowożeńcy ze znajomymi, piąta sesja; rzucanie/łapanie bukietu*, szósta sesja; nowożeńcy z potencjalnymi „oblubieńcami”, siódma sesja; panna młoda okazująca całe piękno swej sukni ślubnej... w między czasie goście przechadzają się na drugą stronę piętra, do bufetu, gdzie niedługo potym nowożeńcy zjawili się w hanbokach (koreańskie trqadycyjne ubrania) by pokłonić się każdemu stolikowi z gośćmi (stolików dobrze ponad 30). Goście chrup-chrup, a nowożeńcy hop-siup nakładają kolejny „kostium ślubny” do kolejnej sesji zdjęciowej tym razem sesja naśladująca tradycyjny ślub koreański. Podkreślam, że ta ostatnia(?) sesja służy tylko i włącznie zdjęciom. Panna młoda (pan młody zresztą też) co sekunda pouczana i popychana przez „asystentkę” ślubną nakazująca im, w tempie hiper-ppalli-ppalli, zmiany dość skomplikowanych gestów i ruchów (do zdjęcia!). „Najpierw usiądź, pokłoń się, nie, nie tak, o tak! Teraz usiądź tak, nogi tak, ręce nie za wyskoko, nie za nisko, alkohol mężowi nalej, jeszcze raz ale w stronę aparatu, jeszcze raz ale z większym uśmiechem, teraz obejdźcie stolik do okoła, teraz wskakuj na plecy małżonka, a ty podrzuć ją wysoko, jeszcze raz, i jeszcze raz i jeszcze wyżej, teraz z małżonką na barana zrób okrążenie, teraz usiądźcie, ty podaj mężowi owoc ustami, nie! Nie tak, jeszcze raz”. Do tego jeszcze i fotograf ma kilka uwag... Tae  jest Japonką. Cierpliwość i opanowanie to jej silna strona.  !

 

 

 

 

asystentka śluba obecna przy każdym kroku...

 

 

 

 

 

 

 

 

Czemu to wszystko ma być zamknięte w niecałe 2 godziny? Pierwszy powód – wiadomo – w Korei robi się wszystko szybko (ppalli-ppalli!), drugi powód – za chwilę odbywa się drugi ślub, trzeci powód – młoda para 2 godziny po ślubo-sesji odlatuje do Stanów. Nie, nie miesiąc (3 dni!) miodowy – w poniedziałek małżonek musi się zjawić na uniwersytecie...

 

Uff!...

 

* Bukiet najpierw padł pod stopy gibbona, który zupełnie zignorował ten fakt... Drugieo rzutu nie pmiętam, ale opuściłam budynek z pięknym bukietem ślubnym.^^ (Więc teraz powinnam wyjść za mąż w ciągu 6 miesięcy...Koreańczycy lubią tempo życia!)

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Herbaciany Pies

sobota, 18 lutego 2012 4:02

 

 

 

W moim domu, w Gdyni, od całkiem niedawna rezyduje nowy pies. Młoda towarzyszka Idioty (Pilot - kiedyś pisałam o moich "wakacjach" z tym urokliwym Debilem - tutaj) ma mniej więcej 2 lata. Jest radosna, młoda (ponoć po przejściach~!O_O), daje nieźle Draniowi w kość (i dobrzee!) i jest też jak on nie mała i nieco szalona, być może nawet bardziej od niego. Innymi słowy trzeba ją wychować ( a przy okazji nauczyć starego Muńka tego i owego!).  Zainteresowałam się tym pomysłem, trochę przestraszona wyobrażeniem mojej mamy na spacerze z dwoma szaleńcami.(hol~!O_O) W poszukiwaniu pomocy naukowych zajrzałam na youtube (a co? mam iść do księgarni??). W związku z błędem klawiatury, która ucięła mi kawałek wyrazu, wyskoczyła mi japońska animacja :)

 

 

 

 

"how to tea dogs" (!  데```박! O_O) miało być; "how to TEACH dogs" *^_^* jak widać, na błędach można się wiele nauczyć :D

 

 

Oczywiście uradowałam się co niemiara na widok kolejnego akcentu zielonej herbaty w kulturze japońskiej. Są lody z zielonej herbaty, kit-katy ( 2 rodzaje ), ciastka, guma do żucia, green tea latte, szampony, cienie do powiek, odświeżacze do powietrza....a i jeszcze ożywiają te listki w postaci psów. Rozkoszne^^ Dla chętnych,takich  jak ja, do ciągłego powtarzania podstaw japońskiego. Odcinki 3 minutowe, prosty język - można poczuć że naprawdę zna się japoński ^^ (są również napisy ang)

 

 

Ocha-Ken

 

 

Im szybciej dziecko nauczy sie jak dobrze zaparzać herbatę, tym lepiej dla jego zdrowego japońskiego umysłu!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

2 dni i po sprawie...albo jeszcze ze 2 dni

niedziela, 05 lutego 2012 12:01

 

 

 

Chciałabym przeżyć 4 tygodniowy, nieprzerwany FLOW. Dzisiaj doszłam do wniosku, że właśnie tego mi w życiu najbardziej brakuje, a brak tego bardzo mi doskwiera bo bez flow'a daleko się nie poleci~

Tak mnie wzięło na rozmyślania nie bez powodu. Odkąd pamiętam byłam dość nieodporna na najróżniejsze wirusy krążące od człowieka do człowieka. Zastzryki z pencyliny, czy też innych znanych antybiotyków, z czasem nawet polubiłam. Z przyzwyczajenia. Sporo czasu w latach szkolnych spędzałam w przychodni lekarskiej na Witominie - mój drugi dom! W liceum doszły jeszcze inne przypadłości przez które na ponad 10 lat przywiązana zostałam do pierwiastka(?) chemicznego Fe. I jeszcze parę innych przygód z lekarskimi kitlami na mej drodze miałam. Ogólnie rzecz biorąc cherlawość to moja, tfu!,  silna strona! Tak też się składa, że ile razy jestem zaziębiona to nie mam żadnej seksownej chrypki, tylko spuchnięty i czerwony od wiecznego smarkania nos. Czasem kaszel, gratisowo. Żadnej temperatury, nudności i innych - godnych pozazdroszczenia - symptomów grypowo-zaziębieniowych. I obojętnie ile się faszeruję farmaceutycznymi cudami, na ogół po dobrym tygodniu wracam do grona ludzi, z pozoru, normalnych.

 

Na tydzien przed świętami (nieco ponad miesiąc temu) dostałm (od losu, dar z niebios!) katar. Tradycyjnie sięgnęłam po vit C 1000 jednostek, chrupałam mandarynki, ograniczyłam kawę, piłam oczyszczające herbatki i hektolitry ciepłej wody, aspiryna z witC na noc i...smarkałam coraz bardziej z dnia na dzień. Na nic się  zdały również otrivim, kapsułki witaminowe, cały weekend w łóżku... Po rozeznaniu w pracy i po dyskusjach ze znajomymi, po ponad tygodniu(!) poddałam się i poszłam do lekarza, gdzie miałam nadzieję dostać ten osławiony w Korei (bo działa prawieże natychmiast!) tajemniczy zasztrzyk, który jest zawsze lepszą i szeroko stosowaną opcją. Lekarz zajrzał do nosa, stwierdził zatoki i przypisał porcje prochów na 2 dni. I właśnie o te tabletki rzecz tu się rozbija, gdyż - owszem-koreańskie tabletki pozbywają się świństwa w 2 dni, ale i robią ogólne spustoszenie wszędzie tam gdzie dochodzą. Ale byłam już tak zmęczona tym nosem, że stwierdziłam "trudno, kolejnego tygodnia ze 100 chusteczek wydmuchiwanych w niecałą godzinę nie wytrzymam". I już po jednym dniu , czyli 3 razy po 5 różnych tabletek, poczułam się znowu jak prawdziwe homo-sapiens, z nosem na miejscu i o właściwym rozmiarze. I przyrzekłam sobie, że następnym razem gdy tylko dostrzegę coś nie tak, od razu lecę na zastrzyk. Niestety ku mojemu rozczarowaniu, ten następny raz przyszedł 5 dni temu... W środę wieczorem poczułam się, "niewyraźnie" a po mojemu - "częściowo nieobecna" i w czwartek popołudniu uradowana szybką interwencją poleciałam do lekarza. Pani nawijała z prędkością karabinu maszynowego mieszając koreański z angielskim. Nic nie zrozumiałam a zanim się obejrzałam pilęgniarka klepnęła mnie 2 razy w półdupek i  dostałam 2 zastrzyki, a w rejestracji czekała na mnie jeszcze recepta... z podobną dawką prochów co w grudniu...na 2 dni...

Jest niedziela wieczór, ja drugi dzień praktycznie nie wychodzę z łóżka. Nie jest tak źle jak w grudniu, ale zastanawiam się czemu wogóle musi być "ŚREDNIO"?!?

 

Od tygodnia na basen nie chodzę i w najbliższych dniach też nie pójdę. Potem będzie comiesięczny porządek hormonalny  i tak 2 tygodnie zlecą... Potem znowu trzeba powoli się rozgrzewać i stopniowo nabierać formy, w momencie gdy już wszystko będzie szło coraz lepiej znowu Matka Natura oznajmi przymusowe wakacje, potem początek wiosny więc trzeba się liczyć z jakimś katarem i tak wkoło...Czemu zima (-10 dzień w dzień) nie może trwać 4 miesiące, albo wiosna też tyle - o tyle łatwiej byłoby mi przystosować się do tej zawieruchy sezonowej...

 

To trochę pesymistycznie zabrzmiało, ale pomimo powyższych wyliczeń wierzę, że mój FLOW jest bliski osiągnięcia. Jestem o 1 mały krok od niego. I mimo, iż mówie tak od lat, wierzę że nastąi to w ciągu TYCH  najbliższych 6 tygodni.

 

Wysłuchaj nas Panie!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

to żeśmy sobie pokicali!^^

niedziela, 22 stycznia 2012 11:30

 

 

 

Wszystkim, którzy głosowali na bloga, serdecznie dziękuję :)  Z tego co zdąrzyłam się zorientować zajęliśmy 76 lub 77 miejsce w I etapie (pierwsza 10 blogów przechodzi do II etapu) Jak na 188 zgłoszonych blogów do konkursu uważam, że to niezły wynik jak na pierwszy raz.

 

 Dziś jest także ostatni dzień Roku Królika (jutro Sollal - Księżycowy Nowy Rok i poczatek Roku Smoka) i postanowiłam wreszcie zebrać się i wrzucić trochę zdjęć z wystawy na której byłam w lutym...roku zeszłego...

 

Miss Korea (po długim śnie jesiennym~) zaprasza;

 

"토끼 이야기"

 

Jeszcze raz dziękuję za głosy i, prawdopodobnie, do zobaczenia za rok ^^

 

serce

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Blog Roku 2011

sobota, 14 stycznia 2012 17:53

 

 

 :-)

Postanowiłam "wystartować" w konkursie Blog Roku 2011.  Biorę udział głównie z ciekawości i dla samej frajdy konkursowej, to w końcu nie maraton sportowy gdzie zwycięzca jest ewidentny~ ;D

 

Pierwszy raz zgłaszam bloga i po raz pierwszy musiałam "ustawić" blog zgodnie z regulminem...poszło jak poszło, trochę koślawo, ale... zachęcam do wysłania sms o treści D00146 na numer 7122

 

 

 

 

 

Koszt sms: 1,23 zł
 
Głosować można do 19 stycznia 2012

 

serce

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

jakiego kota zobaczyłam na Tsushimie

czwartek, 05 stycznia 2012 15:48

 

 

 

 

Ostatnie dni 2011 roku spędziłam wakacyjnie na, pełnej cichego uroku, Tsushimie. Wyspa ta słynie m.in z "lamparciego kota" (Prionailurus bengalensis) , który to gatunek jest- niestety- na wymarciu.  Tsushima-yama-neko - czyli 'górski kot z Tsushimy' - nie znalazłam, ale w TV zato pokazali to :)

 

-> *^_^*

 

serce

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

czwartek, 28 sierpnia 2014

tyle gości w gaju:  48 838  

O mnie

Jestem dla siebie najlepszym sojusznikiem i najsprytniejszym wrogiem jednocześnie.
Studiuję Orientalistykę i nie mam zamiaru na tym kończyć!
Bogate plany na przyszłośc? - A jak!!
^_^

O moim bloogu

Pochodzę z Gdyni, ale pomieszkuję w Seulu. Ten blog jest o tym wszystkim co jest w Polsce i Korei i tym co po drodze i dookoła. Zapraszam do czytania i komentowania ^_^

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 48838
Wpisy
  • liczba: 290
  • komentarze: 457

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl