Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

łelbijing MADE IN CHINA ^^

piątek, 29 stycznia 2010 6:00


Dorastając uczymy się od rodziców, dziadków co należy jeść, kupować i na co zwracać uwagę przy realizacji obu tych czynności; jakość, cena, miejsce pochodzenia~~ Żadna tajemnica, że od lat świat zalany jest produktami Chińskimi i gdyby ten zalew odbywał się jeszcze 200 lat temu nie musielibyśmy martwic się o jakość tych produktów, natomiast to z czym teraz MADE IN CHINA się nam kojarzy, wie chyba każdy...
Żyjąc 'bez pomocnie' w Korei muszę conajmniej 2 razy zastanowić się zanim coś kupię, a to dlatego że i tutaj produkty Chińskie dominują a nie zawsze znaczek nas o tym informuje...! Jest cała masa produktów koreańskich i japońskich, ale jedne są droższe od drugich a mnie (w chwili obecnej~~)nie zawsze na nie stać. :-/ Dlatego chwilowo machnęłam ręką na jakość (ale tylko chwilowo!) i zaopatruję się w dwóch "tanich" sklepach; DAISO (o którym juz kiedys pisałam) i  "999Wiselect". Dla przykładu; zima to pora mandarynek i 5 sztuk (pochodzenia z koreańskiego) kosztuje 1000łonów czyli ok 2.50. 6 sztuk jajek kurzych lub 12 przepiórczych - 1000łonów. Zielona dynia - 1,400 łonów.
1 jabłko....-1000 łonów. I szok dziesięciolecia; 5 marchewek - 3000 łonów czyli ok 6 zł!!!!! O_O Mięsa nie lubię więc nie kupuję, pozatym Korea, jesli idzie o jakis rodzaj mięsa (chyba krówka, ale nie wiem~~), jest zaopatrywana przez Stany Zjednoczone i 2 lata temu afera sie rozpętała tutaj z tego powodu gdyż amerykańskie mięso nie szczyci sie jakością ale jest znacznie tańsze od koreańskiego - wiadomo~
No ale nic. Ja stałam się fanką "ramjon" (...) czyli makaronu instant, który tutaj jedzą wszyscy, wszędzie i o każdej porze. Ale o ramjon może jeszcze kiedys napisze, bo to fenomen jak dla mnie!! ^_^
Ostatnio zużyłam (czyli zgubiłam lub użyłam do czegoś innego niż jedzenia...itp) swoje pałeczki bambusowe (MADE IN VIETNAM) więc podskoczyłam do "DAISO" w poszukiwaniu następnych i...znalazłam; 4 sztuki, 1000 łonów (2,50) z wesołym króliczkowym dizajnem, MADE IN CHINA (trudno...to tylko bambus..!). ALE, rozbroił mnie napis na opakowaniu:

 Oto pałeczki... : )

 Tu "króliczki ryżowe" z bliska...serce

 ....a tu z bliska napis, informujący mnie że nie tylko pałeczki są "łelbijing", ale są też ...łyżeczkami do herbaty..! *^__^*

serce

komentarze (1) | dodaj komentarz

Słowiańskie Sianko

środa, 27 stycznia 2010 14:38

serce
Poszłam do fryzjera. Szukałam konkretnego, polecanego przez kolegę (tutejszy ale ziomal z kraju nad Wisłą) ale wietrzna i chmurzasta niedziela była, oczy załzawione nic nie widziałam, a grzywkę chciałam więc weszłam do pierwszego lepszego.
II piętro. Szklane drzwi. Wchodzę. Po mojej prawej na kanapie siedzi mężczyzna, który na mój widok lekko napina ciało, tak by w każdej chwili rzucić się do "ataku". Po mojej lewej, za "ladą" młode dziewczę uśmiecha się zachęcająco. W sytuacjach gdy nie jestem pewna co i jak idę w stronę żeńską - ze względów "bezpieczeństwa".
"Chciałabym podciąć włosy" mówię i w tym samym momencie mężczyzna z kanapy z okrzykiem "Yeah!" staje na baczność, rzuca gazetą za siebie, przechodzi obok mnie, daje kilka rozporządzeń i sadza mnie przed lustrem. Ustalam z Mistrzem o co mi chodzi a Mistrz zabiera się do pracy! Ciach, ciach, ciach rude sianko spada na podłogę. By za bardzo nie myśleć czy słusznie postąpiłam podejmując takie decyzje rozglądam sie wokoło; salon całkiem spory ze sporą ilością pracowników. Niedaleko mnie na fotelu jakiś pan przysypia podczas gdy dwie asystentki podcinają mu włosy - jedna z jednej, druga z drugiej strony. Gdy jedna z nich kończy robi 2 kroki w bok i  staje za mną i...zaczyna się przyglądać, z uśmiechem na ustach, moim włosom. I przygląda się, i przygląda...po chwili odchodzi
Włosy podcięte, teraz czas na grzywkę. Mistrz dobiera narzędzia, przedziela włosy, grzebień zachacza  o splątaną słowiańską końcówkę (włosa) "ahh!" - lekkie zniecierpliwienie Mistrza wzbudza zaciekawienie kolejnego asystenta, tym razem rodzaju m. I staje za mną. I się przygląda moim włosom i jak grzebień po nich sunie czasem zachaczając o te splątane Europejskie końcówki. "ahh!" - nieśmiały uśmiech zadowolenia młodego asystenta. Po chwili i on odchodzi.
Dostaję miły acz stanowczy nakaz Mistrza by podążyć za kolejną asystentką na drugi koniec sali w celu zwilżenia włosów. Masaż głowy - cudoooooownyyyy~~
Tu jeszcze podcięcie, tam machnięcie, cyk-cyk teraz tylko suszenie i...ułożenie fal. Dobrze, że się nie za późno orientuję jaką to zakręconą broń na prąd Mistrz nagrzewa. Miło przerywam akcję "lokówka" mówiąc iż chcę włosy całkiem proste. Mistrz uśmiecha się do mnie jak 'klasyczny Luigi'i z tym uśmiechem włoskiego fryzjera syczy cos do asystentki, która w 2 sekundy podaje mu już nagrzaną prostownicę. On powraca do maltretowania mojego sianka a asystentka do...przyglądania się... Więc Mistrz znajduje jej zajęcie o jakim pewnie pół personelu tego dnia marzyła; prostowanie Słowiańskiego siana. Ona z prawej strony Mistrz z lewej. Prasuje te moje kłaki z takim namaszczeniem i zadowoleniem na twarzy, że o mało nie wypalia mi ich doszczętnie gdyż cały czas gładzi na gorąco  tylko 1 kosmyk~~ Mistrz - raz jeszcze ze swoim uśmiechem 'Italieńca' odpędza małą i sam wykańcza swoje dzieło.
Na sam koniec pyta skąd jestem. Z Polski. "Aaa..a! Z Polski" I tu jestem pewna, że "Luigi" nie ma bladego pojęcia gdzie Polska leży i czym wogóle jest.
 Nie doceniłam Mistrza; "Dudek" - mówi po chwili jeszcze rozdzielając pozostałości niewypalonej trawy. "Dudek" - powtarza, a ja zaczynam mysleć skąd też znam to "słowo". "Dudek" - powtarza po raz trzeci z niesłychaną pewnością siebie i wlepia wemnie oczy - "golkhipoo" (goalkeeper).
Potwierdzam tyle razy ile uważam za stosowne, by więcej uwag/pytań a propos "Dudka" nie padło, gdyż nic na ten temat nie mam do powiedzenia!. Wiem, że ktoś taki jak "Dudek" istnieje, ale nie wiem jak wygląda (ptak wiem jak wygląda!), ani czym tak naprawdę zasłynął! Wstyd!!
Ale moja wizyta dobiega końca. Całkiem zadowolona z efektu końcowego żegnam się z Mistrzem a mnie żegnają głosy z całej sali. :-)
(*-*)

komentarze (0) | dodaj komentarz

marzenie listopadowe

sobota, 23 stycznia 2010 14:54

serce

A więc, to co miało nastąpić w listopadzie, stało się godzinę temu...... wprowadziłam się wreszcie do tego pokoju z dużym oknem :-)
Jest jakby nieco większy, cieplejszy i z oknami od południa! :-)



(*-*)

komentarze (2) | dodaj komentarz

Szok Termiczny

czwartek, 21 stycznia 2010 14:30



Z wczorajszego +6 zrobiło się -5.

Może dobrze zrobiłam kupując dziś 2 bluzy do pupy...



o:-)


komentarze (2) | dodaj komentarz

Dziokłon na smuta

środa, 20 stycznia 2010 11:14


Gdy mam smuta, doła, załamkę a do tego okres i jakies dziwne kaszlo-przeziębienie z masochistyczną przyjemnością zagłębiam się w wir ciemności... ale wiedząc, że trzeba się ratować sięgam po jedyne lekarstwo jakim jest powrót do dobrego samopoczucia. W ostatnich czasach (jak np wczoraj) humor (znacznie!) poprawia się po obejrzeniu 'wybryków' Dziokłona ( 조권 - Jo Kwon) z Koreańskiego boys-bandu 2 AM.
Z początku za kolesiem nie przepadałam i nie rozumiałam czemu Koreanki tak pieją na jego widok; chudzina,  drobny, z głosem gimnazjalisty o niespecjalnym wyglądzie. Aż któregoś razu wpadłam na jego wersję "Abracadabry" i idąc za ciosem obejrzałam inne filmiki z jego udziałem; padłam ze śmiechu! Chłopaczek jest  cudownie zdystansowany do swojej pozycji 'super-gwiazdora' i uwielbia parodiować swoich kolegów i swoje koleżanki z branży~ I to co uważałam za jego 'minusy' okazały się jego niezamiennym atutem. Zapraszam do obejrzenia :-)

Dziokłona wersja "Gee"

Dziokłon awersja "Abracadabry" 1

Dziokłon w "Star King"

komentarze (0) | dodaj komentarz

przeżywam

sobota, 16 stycznia 2010 9:58


Wiem, że trochę przynudzam. Znowu o tym samym! I o co właściwie chodzi?? O jakąś PRZYJAŹŃ??!! Nie o MIŁOŚĆ, ale o PRZYJAŹŃ??!! O_O   Też mam problem, pfi~
Tak się składa, że od około 2 lat mam w d.. tak zwaną 'miłóść' (poza reakcją chemiczną i biologicznym powodem stojącym za tym, niech ktoś da mi definicję miłości - i bez żadnych dyrdymałów typu; tego nie da się opisać, to trzeba poczuć...!) . Przyjaźń cenię (czas przeszły już chyba obowiązuje..) bardziej od "miłości". Tak przynajmniej było do niedawna, ale w świetle ostatnich wydarzeń ( no właśnie; co się stało?!) zwątpiłam i w to, co Kołakowski uznawał za wartość... :-(
Szkoda gadać.
Ręce już dawno opadły więc już ich nie mam, i nie mam czym objąć potencjalną pzryszłość z człowiekiem w tle.
Może za bardzo przeżywam tę "przyjaźń", ale wydawało się że tyle lat za nami, tyle najróżniejszych ...'przygód' przez które razem przeszłyśmy...jej poczucia humoru, jej postrzeganie świata i jej towarzystwa nie da się zastąpić...a jednak, czuję się 'zdradzona', opuszczona, nieważna. Czuję się skrzywodzona, a że bywam mściwa marzy mi się by poczuła cos równie bolesnego z mojej strony...
Zemnie też niezła "przyjaciółka"~~
cdmn..
.

serce
p.s. do tego jestem bez grosza w chwili obecnej. Wczoraj poratowała mnie A...(jednak db Polki istnieją ;-D ) - i mimo wszystko jestem zadowolona z życia, bo czemu nie miałabym być?  Ale dziś lubię tylko Totoro siedzącego (jeszcze) na łóżku...!


komentarze (0) | dodaj komentarz

odp...?

czwartek, 14 stycznia 2010 11:29

Więc i ja wysłałam esemesa...

...

...CISZA!



a jutro to chyba będę głodować - podziękujmy ZUSowi, poczcie polskiej, bankom i super ludzkiemu wynalzakowi jakim jest EKONOMIA!!!~~ Usprawnianie życia ludzkiego poprzez odejmowanie jedzenia od ust ~~
żałosne,
żałosne,
ŻAŁOSNE!!!!!!!!



komentarze (2) | dodaj komentarz

tyle tysięcy km...

wtorek, 12 stycznia 2010 12:45

Wysłałam mejla tydzien temu, z prośbą o połączenie się głosowo pomimo tych kilku tysięcy km między nami.
Cisza.
Ponieważ tyle tysięcy km między nami, chcę pogadać.
Cisza.
Ponieważ tyle tysięcy km między nami, myślałam że i druga strona chciałaby pogadać.
Cisza.
Ponieważ tyle tysięcy km miedzy nami, czas inaczej leci - u mnie 2a  w nocy, w Polsce 18.00 dnia poprzedniego - pewnie obowiązki gonią...

Cisza.

Cisza.

Sms! Powinnam się cieszyć - znaczy, że pamięta o mnie! Tylko czemu czuję, że został wysłany jako 'zapchaj dziurę' i że przez to ucieka od rozmowy głosem w głos?

...
;-(

komentarze (0) | dodaj komentarz

V piętro

czwartek, 07 stycznia 2010 6:57

Najwidoczniej spadliśmy w rankingu YBM gdyż z VIII piętra, na jakim do tej pory dane nam było podziwać park Tapgol przez ścianę okienną , przenieśli nas na V do sali na 50 osób (nas jest raptem 7!), z ławkami tyłem do okien, które to (a to nowość!) zaklejone są tymi ichnimi "naklejkami" - światło dzienne? Po co??? Mamy jarzenówki!! *_* A żeby było mało chciałam przysunąć się bliżej do ławki, by łokieć swobodnie się oparł...nie mam mowy; ławka i krzesło tworzą jedną całość przez co krzesło jest na śmierć stalowymi 'rurami' przytwierdzone do ławki - ani przysunąć, ani odsunąć, mało co nie wyrżnęłam się o nie chcąc się wydostać z tej naukowej pułapki~
Jednak zdziwiłam się, jak moje oczy zdążyły przyzwyczaić się przez ten rok do wszechobecnych tu jarzeniówek! O_O
Mam bardzo wrażliwe oczy; chłodny zefirek - oczy czerwone i łzawią, za mało lub za dużo snu -spuchnięte jak u noworodka, nawet rano muszę odczekać około 20 minut z otwartymi oczami zanim ochlapię je wodą, gdyż zbyt wczesny kontakt oczu z wodą powoduje u mnie szczypanie i łzawienie przez resztę dnia~!. A jarzeniówki znienawidziłam w liceum - ledwo człowiek obudzony, a od samego rana, ciemną jesienią przez 8 godzin non-stop dawały po oczach. Właśnie w wieku około 16 lat uzależniłam się od kropli do oczu gdyż wiecznie mnie szczypały i strasznie męczyły.
A gdy przyjechałam do Korei rok temu i ulukowano mnie w moim pokoju (piwnica z małym zakratowanym oknem), sądziłam że jarzeniówka na suficie jest tylko tymczasowym wyjątkiem w mojej 'sypialni', gdyż do głowy mi nie przyszło że w miejscu gdzie sie śpi, uczy i miło wypoczywa w łóżku z książką lub słuchając muzyki, tańcząc do lustra, może być coś tak "przytulnego" jak to świecące białe gówno! Ale szybko zrozumiałam, że ten rodzaj oświetlenia jest...jedynym praktycznie rodzajem oświetlenia w Korei. I cierpiałam. Bardzo. Na Yonsei zajęcia były codziennie od 9 do 13.00 i  nieraz mnie pytano czy płakałam~~~
A w tej chwili, hmm właśnie klepię w klawiaturę przy TYM świetle. Nawet moja lampa na biurku ma TĄ żarówkę. Jakoś daję radę, nawet bez kropli.
Ale mam nadzieję, że wrócimy na VIII piętro od lutego, albo przynajmniej dostaniemy salę na Vym z tym czymś co w Korei tak rzadko spotykane, czyli cała jedna ściana zrobiona z okna *^_^* ~~imao~~
kocham światło dzienne. Żyć bez niego nie mogę, marny by zemnie wampir był, a i żyć wieczność bez słońca byłoby dla mnie zmarnowaną wiecznością!

Dużo natury w pokojach życzę!
serce

komentarze (0) | dodaj komentarz

Świnki w Seulu~

środa, 06 stycznia 2010 14:00


Tuż przed wigilią i w czasie świąt do Seulu przyjechali polscy (pieszczotliwie nazwani "Świnkami w Seulu"~~:8) znajomi moich tutejszych polskich znajomych. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko że mam dość Polaków zwłaszcza tych na obczyźnie i tego co ze sobą na tę obczyznę wnoszą! Wogóle, przyjeżdżając tutaj zakładałam, że z 'łejguginami' (obcy, nie koreańczycy~~) zadawać się nie będę. Rasa biała kojarzy mi się z totalnym bałaganem, wulgarnością i bez pardonowym podejściem do kobiet zwłaszcza na imprezach~~ Do tego ja mam skłonnośc do Azjatów - trudno.( Biali średnio mnie kręcą.) Tak więc moja radość bycia samej wśród "jajeczek" była wielka, aż do czasu gdy poznałam "Skakankę" - wpadłam w  "łejguginowy wir imprezowy", i nie mogę powiedzieć że mi się nie podobało zwłaszcza od czasu pierwszego "ItejłoNight out" na Hooker-Hill. Ale, tam gdzie Twój rodak - strzeż się! Niby nic wielkiego, poprostu podczas wigilii poszło parę ...plotek, niusów, informacji o tym, o tamtym, innym i mnie samej no i jeszcze o Tobie. :-%Początkowo czułam się trochę z tego wyłączona, bo jako jedyna w tym gronie nie znałam tak dobrze osób o których była mowa, bądź też dopiero co je poznałam, lub też wogóle ich nie miałam okazji widziec na oczy. Zdziwienie zaczęło docierać do mnie w następnym tygodniu, gdy  to co zostało wypowiedziane zaczęło  mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i zaczęło i mnie dotykać! A że było trochę zawieruchy z okazji pokazania 'Świnkom' tego i owego w Seulu (no i z powodu ogromu śniegu jaki zawalił Seul ),nie miałam czasu na głębsze rozważania o tym co się działo, ani żadnych sposobów 'rozwiązania' tego i owego. Ale pod koniec 'świńskiego' pobytu  zdałam sobie sprawę, że zostałam - jak ja to mówię "wruchana" (przepraszam, ale to naprawdę db określenie*-O). Tzn, że stałam się "niańką" przez jakieś durne poczucie odpowiedzialności, gdyż uważam że jak ktoś przyjeżdża odwiedzić znajomego z Polski aż do Korei, to mógłby się tą osobą trochę zająć nie tylko piwkując wieczorem co 2i dzień! No i w takich sytuacjach JA wkraczam...I mam wyrzuty sumienia, że powinnam ślęczyc nad koreańskim jeśli poważnie myślę o dalszych studiach tutaj, a nie latać za dzieciakami z Polski i analizować ich problemy, które (jako prezent gwiazdkowy?!) przytachały razem ze sobą! Ale mogę mieć tylko pretensje do siebie - nie musiałam brać tego na swoje "bary"... Jednakże potem przyszła noc Sylwestrowa, podczas której rozdzieliliśmy się - jedna część pojechała z Martellą do Pusanu, druga poszła na imprezkę domową, a ja- wiadomo^^serce. Ale dla jednej części ta noc Sylwestrowa okazała się niezbyt sympatyczna, wręcz krwawa i agresywna... nic więcej nie powiem, gdyż właśnie 'rozpowiadanie' o przeżyciach z pierwszych chwil Nowego Roku zostało uznane przez niektórych za "obraźliwe" i "plotkarskie" i w efekcie ktoś kogoś obraził, wyzwał, zrobił śmiertelnego focha itp - ogólnie dziecinada, ale czemu ja mam brać w tym udział?! Po cholere mi to?!Raz, że 3mam strone osoby, która "puściła parę z gęby" o tym co sie działo 31.XII gdyż normalka, że gada się o tym co się w Sylwka robiło, a jak się dzieje coś "ponad przeciętną", to tym bardziej chce sie o tym powiedzieć. Dwa, to czy zostało powiedziane więcej niż w rzeczywistości, nie wiem, bo mnie tam nie było. Ale chyba coś było nie tak, skoro tak silne reakcje za tym poszły...
Uogólniając, nie żałuję spędzenia czasu ze 'świnkami', sama też podreperowałam swoją znajomość Seulu i odbyłam zalążki ciekawych rozmów, jakich od dawna z nikim nie prowadziłam. Niemniej, unikanie kontaktów z osobami "z zewnątrz" uważam za swój "priorytet" pobytu w Korei. Nie lubię takich durnych "afer", "skandali". Strata czasu i energii. A jak ktoś ma za dużo agresji w sobie  powinien iść na terapię, a nie na imprezę!!
!
On a more positive note, jedna ze Świnek kupiła (większego od siebie^^) maskotę-Totoro, ale ze względu na zbyt duży rozmiar nie poleciał jeszcze do Polski. Póki co Totoro siedzi u mnie na łóżku i czeka na wysłanie :-)

 Razem z Pankiem :-)

Trudno będzie rozstać się z nim~~~;-(

p.s. do osób wtajemniczonych; nie brać tego 'skrótu myslowego' jaki tu napisałam, za 'final statement', ani zbyt osobiście!!! Jeśli coś się nie zgadza, i jest ochota by o tym pogadać - bardzo chętnie!!

serce

komentarze (2) | dodaj komentarz

O Wschodzie w Seulu

piątek, 01 stycznia 2010 18:03
 

 Miałam niesamowity Nowy Rok! Tzn, niesamowity początek Nowego Roku.:-]
Kolega z Polski przebywający też w Seulu, zaprosił mnie na Sylwestrową randkę.
Rozpoczęlismy od przegryzienia czegoś w okolicy Dziogno tuż przed 23ą i gdy zbieralismy się do wyjścia 40 minut później ze zgrozą stwierdzilismy, że większość w restauracji (nie żadna hiper-trendy-lux!) wogóle nie przejęta była faktem, że za 20 minut NR, ba!, niektórzy dopiero co przeglądali kartę...
Niemniej, my udaliśmy się na główną ulice w Dziogno (.... - tak, zaraz koło mojego YBM) i przy rytmach tradycyjnych bębniarzy koreańskich z rozgrzanym tłumem rozpoczęliśmy Nowy Rok. Dla mnie było to wyjątkowe jakoże do tej pory Sylwestra  spędzałam w okolicach Trójmiasta i na ogół w miejscach zamkniętych (2009 przywitałam na plaży koło Pucka (?) w bardzo przyjaznym, 4o osobowym gronie ^^), w tym roku było to daleko poza Gdynią, z innym językiem wrzeszczącym do ucha życzenia noworoczne i do tego dźwięk bębnów był bardzo 'kojący' na dudniącej K-popem scenie obok ulicy. No i tak wogóle to było jakies -10~~ Chyba byłam trochę (pozytywnie) odużona całością, ale szybko przemieścilismy się do ulubionego Hooker-hill i do klubu Queen, by troche potańczyć. W sympatycznej atmosferze czas szybko zleciał, poszlismy na zaranną kawę i potem hop taksówką na "tradycyjne ogladanie Wschodzu słońca na górze Namsan" - i to był mój hajlajt nocy!! (*-*)Taksówka dowiozła nas do pewnego momentu, potem trzeba było iść na piechotę i...poczułam się jak na pielgrzymce (na Jasna Górę~~^^). Pełnia Księżyca pzryświecała na jeszcze granatowym niebie, drzewa zasłaniające Seoul Tower robiły z niej kadr jak z fimów Fritza Langa, a masa ludzi szła w tych coraz jaśniejszych ciemnościach by przyjżec się pierwszemu słońcu w Nowym Roku.
(mnie osobiście księżyc skojarzył się z piłką ping-pongową i pomyślałam sobie, że Nowy Rok ze Starym grają właśnie w ping-ponga :-))
Pomimo -14 humory wszystkim dopisywały i większośc tłumu miała przygotowane aparaty, kamery, i-phony by uwiecznić "cud poranku".
ok 7:50 'mandarynka' pojawiła się na horyzoncie i tłum wpadł w szał, jakby zobaczył conajmniej "gwiazdę" (hehe^^) estrady... Przepychanki były niezłe by uchwycić w kadrze jak najwięcej~~
Bardzo podoba mi się ta 'słoneczna tradycja' i za rok też chciałabym to powtórzyć, tyleże chcę przejśc z 'pielgrzymką' na nogach od punktu A do Z.
A mniej więcej w tym samym czasie w Polsce szykowano się by przywitać Nowy Rok :-)
Ja ostatnio trochę odpadam fizycznie; śniegu sporo, gości mamy...o tym następnym razem.
Mam nadzieję, że i Wasz Nowy Rok zaskoczył Was czymś miłym.

serce


p.s. na misskorea wrzuciłam trochę zdjęć z tego "wydarzenia" :-) TU i TU

serce

 

komentarze (2) | dodaj komentarz

Abrakadabra

czwartek, 31 grudnia 2009 12:20


serce
Rok 2009 był dla mnie rokiem szczególnym, dużym krokiem do przodu (lub też dużym skokiem w bok, na Wschód ;-) ).
Na samym początku tego roku udało mi się spełnić jedno ze swoich większych marzeń; podróż do Azji a doładnie do Korei. A teraz spełniam (mam nadzieję..) dalszą jego część o której napiszę, jeśli i ono się spełni. I to jest moje życzenie na rok 2010 dla Wszystkich i dla siebie samej; dalsze kroki w realizacji marzeń.
Dzisiejszy dzień zaczął się nienajfajniej, głównie od strony finansowej...ZUSowi życzę wygrania w lotka i wyjazd poza nasz system słoneczny !
Dużo się ostatnio działo, przez co prawie wogóle nie było mnie w mojej norce, ale postaram się chociaż część nadrobić.
Ja zaraz lecę na mega odliczanie w Dziogno (tak, tak, blisko mojego YBM~~) a potem prawdopodobnie hop na Hooker-Hill .
Zostawiam was z mega hitem roku 2009, przed którym w końcu roku nie udało mi się obronić i opętał (a raczej 'oczarował') mnie całkowicie!
Chomik mówi Abracadabra!



Tańczyć, Tańczyć!! Całą noc ^__^
Tańczyć, tańczyć przez całe życie!!

serce

 

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wyobraź sobie...

wtorek, 29 grudnia 2009 8:38


Jakoś czasu zabrakło MNIE, by cokolwiek i GDZIEKOLWIEK napisać coś 'świątecznie'~~
Na wigilię się mocno spóźniłam -po raz pierwszy w życiu miałam szkołę 24. XII i to do 17ej!! Ale podoba mi sie ten pomysł, tylko mam już dosyć tych lekcji popołudniowych a w styczniu plan się nie zmieni! Co najwyżej ja mogę zmienic szkołę, ale nie znajdę takiej w Dziongno (종로) ani takiej do której spacerem miałabym 1,5 godziny (uwielbiam te moje spacery!!serce). Mam blisko siebie YBM ale tam chyba koreańskiego nie mają, poza tym ZA blisko - byłabym dzień w dzień spóźniona!
2 dni temu spadł śnieg, wczoraj było -12 i pyszne słońce, dziś natomiast -2 i dość ponuro a i ja mam dość ponury nastrój.
Czemu świat nie może się zmienić? Tzn, czemu my- ludzie nie chcemy świata zmienić? Czemu nie chcemy pozbyć się tej durnej ekonomii, tej "5ej pory roku" która króluje przez cały rok??!!
Ja znam odpowiedź...
"Imagine"...
dziś z łóżka nie wychodzę!~~nie mam po co!


komentarze (0) | dodaj komentarz

herbata

środa, 23 grudnia 2009 3:49


serce


Od lat pijam zieloną herbatę, głównie japońską "sencia" (煎茶). Natomiast gdy jestem zaziębiona mój organizm domaga się 'czarnej'. I jeżeli chodzi o czarną, to też musi być z Chińskiego krzaka, nie z Indyjskiego. Nie mam nic do Indii, żeby było jasne! Poprostu Indyjskie herbaty sa dla mnie zbyt cierpkie, osadzają się na języku i na zębach i, jak dla mnie, są zbyt "perfumowane".
Będąc w Korei można by pomysleć, że skoro od 2000 lat ma 'bliskie' kontakty z Chinami i od ok. 1500 lat z Japonią - "kultura herbaciana" nie jest im obca. Ba! Koreańczycy rónież mają ceremonię herbacianą zwaną 'DARJE' (다례 - 茶禮). Chyba już kiedys wspomniałam o tym, że  Koreańczycy wszystko co nie jest mięsem i co można zalać wrzątkiem wrzucają pod znak herbaty (). Tak więc stojąc w sklepie przy półce z 'herbatami' mam do wyboru; kukurydzianą, sezamową, imbirową, zieloną z ryżem (bardzo tu lubiana!), żeńszeniową, ze słodkiego ziemniaka, chryzantemową, zieloną zwykłą i jeszcze sporo innych i...na ogół czarnej nie spotykam. Chyba że jakąś 'Darjeeling' czy inna Indyjską, ale nie w każdym sklepie. Owszem, mogę pójść do dobrego sklepu ale cena  na moją obecną kieszeń nie będzie zbyt dobra. Dlatego, do tej pory, kupowałam czarną herbatę za 1000 łonów (ok 2,50 ^^) w sklepie DAISO, który jest "pochodzenia" Japońskiego. Można w nim kupić praktycznie wszystko co do domu potrzebne i w dodatku więksość cen jest od 1000 do 3000 łonów. Do tego sklep jest tuż pod moim nosem! Ale od 2 tygodni, (wtedy kiedy zaczęło sie moje przeziębienie) czarna herbata w DAISO zniknęła z półki. Po kilku dniach sprawdzania czy już wróciła na swoje miejsce, poddałam się i zaczęłam "szukać czarnej herbaty w Seulu". I odkryłam jak mało znaczącą rolę ma czarna herbata - przynajmniej w moim okręgu. W większości sklepów poprostu jej NIE MA. Jedna sprzedawczyni gdy ją o 'czarną' zapytałam, uśmiechnęła się pobłażliwie i leniwie odp, że "nie mamy :-)"
W innym sklepie pan najpierw odpowiedział, że "nie", ale zamyślił się na moment poczem pokazał mi... granulowaną herbatę Lipton. O_O
Widząc, że nie "kręci" mnie to, wskazał na okno gdzie stał sobie Lipton w torebkach - juz lepiej, ale Lipton to Indyjska 'czajka'~~~~ do tego 3 razy droższa od tej z DAISO!
Tak więc chorobę przeszłam pijąc rozgrzewającą się 'herbatą' imbirową na przemian z 'herbatą' judzu. Dopiero wczoraj, gdy już chwalebnie powróciłam do chodzących i do YBM, przypomniałam sobie że w pobliżu szkoły też jest DAISO. Poleciałam zaraz po zajęciach i zobaczyłam z 5 opakowań  -  wzięłam jedno, ale chyba jutro 'na wszelki wypadek' dokupię jeszcze 2!;-)

komentarze (1) | dodaj komentarz

Mikołajki w Japonii

środa, 16 grudnia 2009 8:39


:-/
BOŻE!BOŻE!BOŻE! Czemu mi na to pozwalasz??!! ~ kolejna obsuwa z wpisem, kolejny raz nie pamiętam że "mam" bloga!~~ 19.XII ~~

Dokładnie 2 tygodnie temu wybrałam sie na moją "wycieczkę wizową" do Japonii, do Simonoseki w pefekturze Jamaguci. Droga z Seulu prowadzi pociągiem do Busanu a potem promem. Z Busanu można trafić do kilku miast w Japonii (m.in. do Fukuoki i na wyspę Tsusimę), ja natomiast od wielu lat zafascynowana jestem wyspa Kjusiu  a także miastem Fukuoką (inna nazwa Hakata - fajna nazwa, co nie?!) i sympatycznym dialektem tego regionu tzw. Hakata-ben. Dlaczego zawsze chciałam do Fukuoki? Gdy miałam 12 lat oglądałam na stacji RTL2 japoński serial o siatkarkach i moja ulubiona bohaterka, Kakinuci, była właśnie z Fukuoki! :-]
Ale niestety, Jen skoczył do góry, porównałam ceny i wyszło na to że lepiej będzie jak pojadę do Simonoseki. I chyba db zrobiłąm, gdyz Simonoseki jest o wiele (ba!) starszym miastem od nieco dalej oddalonej Hakaty a przez to historia miasta i jego zabytki sa nieco bogatsze. Otóż Simonoseki jest miastem gdzie miała miejsce walka (XII wiek~) między dwoma wielkimi klanami; Minamoto i Taira.
Zdjęcia + mały opis wrzuciłam na misskorea, a ja tymczasem skupię się na bardziej 'tragicznej' stronie wyprawy, tj. jak o mały włos nie umarłam z wycieńczenia w Busanie;:-o
Na całą wycieczkę; miałam 3 dni i 2 noce, z czego 2 noce na promie a 1 dzień zwiedzania, reszta to dojazd/powrót. Prognozy pogody miała byc fajna  - w końcu dalej na Południe, więc gibbon zapakował się w jedną torbę (Jack&Jill rulz!) a na siebie kubraczek + moja sławna apaszka Indyjska. Fundusze baaardzo ograniczone więc na wszelki wypadek wzięłam 'wiewiórcze zapasy'. Na promie sympatycznie, było nas w kabinie zaledwie 5 bab, w tym dwie Koreanki z branży. Wieczorem poszłam do coś a la łaźni Koreańskiej (dzimdzil bang), ale było bez sauny - tylko prysznice i 2 brodziki z gorącą i wrzącą (chlorowaną) wodą. No i ja oczywiście wlazłam do brodzika, popluskałam kopytkami, pośpiewałam sobie do chloru i po paru minutach, zmęczona gorącem, wyszłam. Błąd to był - z perspektywy czasu. Zapomniałam że moje oczy źle reagują na chlor zwłaszcza gdy zaraz po kąpieli idę spać. Efekt? Totalnie spuchnięte gały o poranku i opuchlizna za nic przez kilka godzin nie chciała zejść.
Przy 'przejściu granicznym' w Japonii zostawiłam swój odcisk palca miłej pani celnik, a potem przy 'analizie' mojego skromnego bagażu inna pani celnik zainteresowała się białą 'gajdzinką' (byłam na promie JEDYNYM  osobnikiem rasy nie-Azjatyckiej!) i poprosila bym poszła z nia za kotarkę i zapytała; "Can I touch you?" Jakże mogłam odmówić ~~ ;-D
Potem kupiłam całodzienny bilet autobusowy na wszystkie atrakcje (błąd!)Simonoseki, przez co stać mnie było tylko na poranną kawę (8.30) w Mr. Doughnut ( ucieszyła mnie dolewka! ^^)  a itak obejrzałam tylko 30 % tego na co bilet pozwalał.
Po kawie, doszło do mnie że nadal jestem w Azji, ale tym razem jestem w Japonii. Jestem w JAPONII!! W kraju do którego ciągnęło mnie od...12 roku życia??~~ Uśmiechnęłam się do siebie. Potem zdałam sobie sprawę, że Simonoseki jeśli chodzi o turystów jest nastawione głównie na Koreańczyków i Chińczyków, i przez co praktycznie żadne 'drogowskazy'/plany/mapy nie były po angielsku. Zaczęłam odgruzowywać swój Japoński - rozumieli mnie a ja zdałam sobie sprawę, że NAPRAWDĘ  jestem w Japonii. Uśmiechnęłam się znowu do siebie ^^
Gdy kofeina obudziła mnie całkowcie ale przestała być w swojej początkowej temperaturze (pyszny,gorący kubeczek~~) zdałam sobie sprawe że jest ZIMNO! Wiało, dmuchało, chmury walczyły ze słońcem o miejsce na niebie i groziły deszczem. Brr! Jakaś pani wysiadająca z autobusu powiedziała żartobliwie do swojej kumoszki; "sudzusii" (chłodno~~ -_-).
Zwiedziłam parę staroci, pogadałam  z karpiami, pogruchałam do becika i do wózka, a małemu pieszemu mieszkańcowi pochwaliłam się prosiaczkiem (tak, wzięłam go ze sobą! ^^).
Raz weszłam do jakiegoś sklepu z bibelotami tylko po to by ogrzać ręce (po co brać rękawiczki, w końcu 6 grudnia~~!) - spędziłam tam pół godziny. Db, że sklep miał naprawdę ciekawy asortyment i co zwróciło moja uwagę to, to że pomimo wysokich (japońskich) cen, większość produktów była...MADE IN CHINA! hmm...
Trafiłam na prom zziębnięta ale nie specjalnie głodna, pomimo iż w ciągu dnia zjadłam 1 persimona przytachanego z Korei i 1 batonika + troche sałatki ryżowej. Wieczorem znów poszłam do tej nieszczęsnej łaźni. Myślałam, że po całym dniu łażenia + ciepełko łaźni + przyjemne bujanie, zasnę jak niemowlak, ale gdzie tam! Adziummy (było ich wsumie6 +4 młode - w tym ja) darły jape do północy i potem od 6 rano~~ Znów obudziłam się spuchnięta a do tego doszło cos w rodzaju kataru?..? W gardle jakas gula?..?
W Busanie okazało się, że nie mam pieniędzy na powrót do Seulu (ani na pociąg ni na autobus) ponieważ przy wejściu na prom (i w Korei i wJaponii) trzeba było jakis "boarding tax" zapłacić o czym miła pani sprzedająca mi bilet mnie nie poinformowała - wsumie prawie 40.000 łonów(ok 100 zł) tego podatku, czyli 2 bilety autobuseowe Busan, <-> Seul~~~~
Ponieważ było wcześnie rano w Korei = początek głębokiej nocy w Polsce, czyli Mumin śpi i nie ma kto mnie poratować w tej sytuacji. Miałam trochę na karcie i troche w kieszeni, więc z tym w kieszeni poleciałam do kafejki internetowej i wysłałm odpowiedniego mejla z dopiskiem, iz za 8 godzin liczę na odp. A ja w tym czasie zasiadłam w Lotte (Kor wersja McD) na termianlu autobusowym i zamówiłam sobie kawę i frytki, i zaczęłam czytać "My old sweetheart" (słowo daję, nie wiem ile miesięcy już tę opowiastke czytam!). I nagle poczułam uderzenie gorąca. Potem dreszcze. Jakiś kaszel, katar, plecy zaczęły mnie boleć. Se myślę, pięknie, TA grypa - mój zmęczony i niewyspany organizm nie miał siły walczyc z prosiakiem a ja gdzieś poza domem, w jakims nieznanym mi Busanie, zupełnie sama, bez pieniędzy, bez telefonu (bo mi się rozładował) ...ale z witaminami i gripexem! Po paru godzinach, nadal drżąca i coraz bardziej zmęczona, poszłam spr mejla i co ja widzę? PUSTO! Stres zaczął mącić mi w głowie, napisałam jeszcze parę mejli z kolejnym dopiskiem, że wrócę za godzine by znów spr. Poleciałam do łazienki i łzy przerażenia, rozpaczy, zimna, zmęczenia zaczęły lecieć z tych moich spuchniętych oczu TT_TT "Umrę tu "- myślałam."Już po mnie!" Starałam się sobie wytłumaczyć, że to żadna TA grypa, że to poprostu stres i zmęczenie (niedospanie!!!). Ale fakt, że miałam tylko tyle gotówki żeby  przejechac się metrem w jedna stronę (jak juz będe w Seulu) albo na jedną, OSTATNIĄ  sesję w kafejce intrnt! Dzięki Bogu bateria w mp3 była silniejsza odemnie i na uspokojenie bdb na mnie działa "Indu" Adhama Shaikh. serce
Wróciłam do żywszych. Odebrłam mejla - tym razem aż za dużo mejli! Wróciłam do żywych gdy wyjęłam odp. kwotę z bankomatu i wyruszyłam metrem w stronę dworca kolejowego, na którym czekał na mnie KTX (tak,tak, burżujka zemnie, szybką koleja się wozić^^).  Niecałe 3 godziny i o 23.40 byłam w Seulu i jeszcze zdążyłam na metro, które zawiozło mnie do mojej- wytęsknionej już -  norki w HD.
Wzięłam aspirynę i zasnęłam miło, błogo i szybciutko :-)
...
2 tygodnie później - nadal walczę z jakims zaziębieniem. W tym tygodniu 4 dni (!!!!) nie było mnie w YBM!!! O_O Jak raz mnie coś chwyci to łatwo nie puszcza!

:-O

komentarze (2) | dodaj komentarz

YBM = Y Bother Me???

piątek, 04 grudnia 2009 4:06


->> zaczęłam pisać 4 grudnia, ale nie skończyłam więc dzisiaj(10.XII) kończę ^^

 Bezsenności ciąg dalszy tyleże codziennośc staje się przez to nieco bardziej uciążliwa; we wtorek, po nieprzespanej nocy podczas której to kułam zaległości gramatyki koreańskiej, zerwałam się by na 10 trafić do YBM na test, dzieki któremu byłabym w innej, porannej grupie (o 11.00~idealna godzina dla gibbona! (*-*)). Oczywiście pędziłam na piechotę gdyż brak gotówki nie pozwalał doładować T-money na metro. Chwilami wręcz pędziłam niczym koń stepowy! Świeżość poranka i świeżość mojej zbyt dużej ilości makijażu powodowały - miłe dla mnie- zatrzymania męskich oczu na mej jaśniutkiej od słońca ( i nie wyspania!) buźce ^^
A w YBM okazało się, że testu nie będzie, gdyż grupa o 11.00 nagle się rozwiązała...  Śliczna pani w sekretariacie zaproponowała mi bym, w takim razie, przeskoczyła w górę  cały 1 miesiąc (!!) mimo iż godzinowo nadal będę o 15.00, a to ponieważ mojego obecnego poziomu z 15.00 też już nie ma (??O_O). Tak więc zasiadłam w jednym z 'boxów' na VIII piętrze i próbowałam "nadrobić 10 lekcji z nowej książki"~~~~ Pocieszałam się jedynie tym, że wedle planu lekcji, nadal będę mieć zajęcia z panną Jun ^__^
O 14.50 przed klasą zebrało się kilka znajomych twarzy, które - podobnie jak ja - dostały propozycję nie do odrzucenia...
A potem przyszła nauczycielka - i nie była to panna Jun :-/
Trochę jestem przerażona- dużo materiału (cały miesiąc = 10-11 lekcji!) i do tego nauczycielka co nadaje piskliwym głosem jeszcze szybciej od panny Jun!...
Jutro wyjeżdżam do Japonii...wizowo...(bo dr YBM twierdzi, że nie może wystawić mi zaświadczenia że uczęszczam do YBM, co umożliwiłoby mi otrzymanie wizy D-4 tu w Seulu. Dlaczego? "bo YBM nie jest uniwersytetem". A ambasador Korei w Polsce, w rozmowie telefonicznej z moją Mamą twierdzi, że każda prywatna instytucja naukowa może taki dokument wystawić - no iiiii????- o wizie c.d.n)
...w związku z tym w poniedziałek nie będzie mnie na zajęciach  :-/ kiepsko to widzę.

komentarze (3) | dodaj komentarz

deszcz snu nie lubi~~

niedziela, 29 listopada 2009 6:11


Leje.
...
Lubię deszcz, ale mialam w planie dłuuugi spacer, żeby mieć pewność że dziś znów jak szczeniak zasnę~~~

A padać będzie pewnie do rana...



komentarze (4) | dodaj komentarz

Skakanka na bezsenność

piątek, 27 listopada 2009 4:14


To chyba już koniec bezsenności z jaką się borykałam przez ostatnie tygodnie (3??) - a ostatnio to przeszłam samą siebie w tej kwestii: leżałam w łóżku (na tym elektrycznym materacu - 'imao' ^_^~) do 4.30 próbując zasnąć i stwierdziłam, że d...a! Poszłam do kuchni i naładowałam cały talerz ryżu, 'zalałam' keczupem, gokudziangiem (sos z ostrej papryki....) i sosem sojowym, popiłam judzią i wzięłam -3-ą tej nocy -Valerinę. Nie pamietam kiedy kimnęłam, ale chyba długo to nie trwało ^^ A następnego dnia musiałam wstać o 9.00(!!) gdyż miałam z koleżanka telefon mój załatwiać...Jak się okazało koleżanka najpierw musiała pójść do szpitala i to szybko! ]:-/  (a czemu to nieważne, wszystko ok - prawdopodobnie~~)Trafiła do najdroższego z możliwych - Yonsei Severance Hospital, który od zewnątrz i wewnątrz wygląda jak biurowiec i nie śmierdzi w nim "szpitalem". Były z nami 2 Rosjanki, które mialy pomóc w tej biurokratycznej (taaak!) plątaninie, która kazała nam od szpitala do punktu wyjścia kręcić się przez 4 godziny, a w między czasie jeszcze obskoczyłysmy fryzjera z koleżanką z Tajwanu.
Potem poszliśmy na wycieczkę do Wioski Tradycyjnej pod Nam San a potem na samo  NamSan - ja jako jedyna z owego grona byłam tam (nie raz!), ale ciemną nocą trudno mi było sobie przypomniec jak dojść na  Seoul Tower, przez co błądzilismy na wilgotno-chłodno-świeżym powietrzu zbyt długo i zaczęło mi się wszystkiego odechciewać. Poczułam ból w stopie a przez to zmęczenie. Żeby nie grymasić wrzuciłam na uszy słuchawki i mój hit dni ostatnich
"Dzini"(długo się opierałam tym dźwiękom, ale w efekcie i mnie dopadło!).
Do wieży jakoś doszliśmy, oni poszli na górę oglądać "Seoul by night", a ja sącząc już 3ą kawę dnia, obserwowałam jak para młodych kochanków przystraja różowe serduszko, które potem zamkną na kracie wieży...
~~~ serce ~~~



Więcej zdjęć TUTAJ.

Potem znowu 'kimbapowaliśmy' (od daaawna tyle nie jadłam w jednym dniu ;-)) i nie spóźniliśmy się na ostatnie metro! Do norki w HD (Hong-De) trafiłam przyjemnie zmęczona i udało mi się 'wejść dogłębnie wemnie' jeszcze przed 2ą!

:-]

komentarze (0) | dodaj komentarz

patriotycznie razem

wtorek, 24 listopada 2009 7:55




Projekty się znalazły, sprawa wizowa nagle jaśniej świeci (ale o tym jak już się chwalebnie z tym uporam!) a w łikend odkryłam, że mój makijaż nie spływa zemnie po 15minutach w ścisku, uścisku i wymachiwania kolankami i łapkami. Makijaż świetnie się 3mał aż nad ranem wlazłam do metra. Czemu? A więc 'kluby' w Itejłon (...) są klimatyzowane, przez co człowiek nie poci się (pomimo niemiłosiernego tłoku!)za byle podnieseiniem ręki. Niby tych klimatyzowanych pomieszczeń nie znoszę, ale jeśli chodzi o pląsanie to na polskich parkietach zawsze zastanawiałam się, "czemu nie otworzyć więcej okien?" "Czemu cała przyjemność tańczenia znika gdy nagle jakiś spocony kolo niechcąco muśnie (blee!) mnie plecami, lub też gdy idę do łazienki i widzę siebie w lustrze?"~~~~
Dodatkowo, żadnej ochrony, żadnych 'wstępów', żadnych bramek - pełna 'coolturka' . Do tego piękne ciasteczka (TT__TT) porozrzucane na ulicy ^_____^ (*-*) A wszystko za sprawą Martelli, która patriotycznie przygarnęła 'starszą siostrę' i wyrwała z mojej samotniczej, ostatnio, norki w HD  i zafundowała połowę nocy ~~~~  Martella też prowadzi bloga -
podrozezusmiechem.blox.pl

teraz czekam na odp od dyr YBM...

p.s. a pod sam koniec imprezki, nie wiem jakim cudem (!?!), dojrzałam 100 łonów (około 30gr~~) leżące pod kanapą wśród rozbitego szkła (chyba ja je rozbiłam...:-/), w wodzie... Niby nic, ale jak ja to maleństwo dojrzałam??? Ucieszyłam się, bo w chwili obecnej każdy łon mile widziany. Opatrzność nadal czuwa;-)

komentarze (3) | dodaj komentarz

Like a Kitty Chola~~

sobota, 21 listopada 2009 10:04


Od kilku tygodni mam bardzo mieszane emocje; bardzo pozytywne i mocno negatywne, i jest to razem przemieszane, i zmienia się co godzinę, wpływa na siebie z każdym wdechem by znów się zmienić z wydechem. Stąd uważam, że jestem zrównoważona - jest równowaga; ani za dużo w jedną ani w drugą, i db mi z tym. 0:-) Jestem w stanie przewidziec swoje reakcje i nie boję się, że mogę sama siebie zaskoczyć (...). Opanowałam sztukę opanowania (hehe, haha! ;-)). Z 'gorszych' stron życia - nie sypiam najlepiej...może dlatego, że ostatnio nie chadzam do YBM na piechotę i moje ciało nie zasługuje na odpoczynek~~~
A teraz do rzeczy. W Korei PANDEMIA! Na każdym kroku widzę ludzi w maskach. W większości miejscach publicznego użytku wystawione są żele antybakteryjne, które są "lansowane" w reklamach przypominających o higienie w "walce ze świnią".
W Helsinkach, bardzo przezornie, kupiłam sobie taki żel i starczył mi aż do listopada. Ostatnio kupiłam nowy - i to klasycznie KAŁAII, KŁIJOŁOJO, KJUTNY ..... (*-*)
  A u Chomika mój najnowszy 'rytm każdego dnia', który nie jest aż tak nowy, ale dla mnie bardzo. Thanks KANDEEserce!!

Ciepłego i udanego łikendu!
G

komentarze (0) | dodaj komentarz

 12345678  »

wtorek, 9 lutego 2010

tyle gości w gaju: 6830

O moim bloogu

Pochodzę z Gdyni, ale pomieszkuję w Seulu. Ten blog jest o tym wszystkim co jest w Polsce i Korei i tym co po drodze i dookoła. Zapraszam do czytania i komentowania ^_^

O mnie

Jestem dla siebie najlepszym sojusznikiem i najsprytniejszym wrogiem jednocześnie.
Studiuję Orientalistykę i nie mam zamiaru na tym kończyć!
Bogate plany na przyszłośc? - A jak!!
^_^

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 05.09.2006 11:16:06
  • autor: mama1305
  • treść: czytam duzo blog-ów,...

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 6830
Wpisy
  • liczba: 152
  • komentarze: 160

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728