
....a tu z bliska napis, informujący mnie że nie tylko pałeczki są "łelbijing", ale są też ...łyżeczkami do herbaty..! *^__^*








) znajomi moich tutejszych polskich znajomych. Nie wdając się w szczegóły, powiem tylko że mam dość Polaków zwłaszcza tych na obczyźnie i tego co ze sobą na tę obczyznę wnoszą! Wogóle, przyjeżdżając tutaj zakładałam, że z 'łejguginami' (obcy, nie koreańczycy~~) zadawać się nie będę. Rasa biała kojarzy mi się z totalnym bałaganem, wulgarnością i bez pardonowym podejściem do kobiet zwłaszcza na imprezach~~ Do tego ja mam skłonnośc do Azjatów - trudno.( Biali średnio mnie kręcą.) Tak więc moja radość bycia samej wśród "jajeczek" była wielka, aż do czasu gdy poznałam "Skakankę" - wpadłam w "łejguginowy wir imprezowy", i nie mogę powiedzieć że mi się nie podobało zwłaszcza od czasu pierwszego "ItejłoNight out" na Hooker-Hill. Ale, tam gdzie Twój rodak - strzeż się! Niby nic wielkiego, poprostu podczas wigilii poszło parę ...plotek, niusów, informacji o tym, o tamtym, innym i mnie samej no i jeszcze o Tobie.
Początkowo czułam się trochę z tego wyłączona, bo jako jedyna w tym gronie nie znałam tak dobrze osób o których była mowa, bądź też dopiero co je poznałam, lub też wogóle ich nie miałam okazji widziec na oczy. Zdziwienie zaczęło docierać do mnie w następnym tygodniu, gdy to co zostało wypowiedziane zaczęło mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości i zaczęło i mnie dotykać! A że było trochę zawieruchy z okazji pokazania 'Świnkom' tego i owego w Seulu (no i z powodu ogromu śniegu jaki zawalił Seul ),nie miałam czasu na głębsze rozważania o tym co się działo, ani żadnych sposobów 'rozwiązania' tego i owego. Ale pod koniec 'świńskiego' pobytu zdałam sobie sprawę, że zostałam - jak ja to mówię "wruchana" (przepraszam, ale to naprawdę db określenie
). Tzn, że stałam się "niańką" przez jakieś durne poczucie odpowiedzialności, gdyż uważam że jak ktoś przyjeżdża odwiedzić znajomego z Polski aż do Korei, to mógłby się tą osobą trochę zająć nie tylko piwkując wieczorem co 2i dzień! No i w takich sytuacjach JA wkraczam...I mam wyrzuty sumienia, że powinnam ślęczyc nad koreańskim jeśli poważnie myślę o dalszych studiach tutaj, a nie latać za dzieciakami z Polski i analizować ich problemy, które (jako prezent gwiazdkowy?!) przytachały razem ze sobą! Ale mogę mieć tylko pretensje do siebie - nie musiałam brać tego na swoje "bary"... Jednakże potem przyszła noc Sylwestrowa, podczas której rozdzieliliśmy się - jedna część pojechała z Martellą do Pusanu, druga poszła na imprezkę domową, a ja- wiadomo^^
. Ale dla jednej części ta noc Sylwestrowa okazała się niezbyt sympatyczna, wręcz krwawa i agresywna... nic więcej nie powiem, gdyż właśnie 'rozpowiadanie' o przeżyciach z pierwszych chwil Nowego Roku zostało uznane przez niektórych za "obraźliwe" i "plotkarskie" i w efekcie ktoś kogoś obraził, wyzwał, zrobił śmiertelnego focha itp - ogólnie dziecinada, ale czemu ja mam brać w tym udział?! Po cholere mi to?!Raz, że 3mam strone osoby, która "puściła parę z gęby" o tym co sie działo 31.XII gdyż normalka, że gada się o tym co się w Sylwka robiło, a jak się dzieje coś "ponad przeciętną", to tym bardziej chce sie o tym powiedzieć. Dwa, to czy zostało powiedziane więcej niż w rzeczywistości, nie wiem, bo mnie tam nie było. Ale chyba coś było nie tak, skoro tak silne reakcje za tym poszły...


Miałam niesamowity Nowy Rok! Tzn, niesamowity początek Nowego Roku.![:-] :-]](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile42.gif)
Kolega z Polski przebywający też w Seulu, zaprosił mnie na Sylwestrową randkę.
Rozpoczęlismy od przegryzienia czegoś w okolicy Dziogno tuż przed 23ą i gdy zbieralismy się do wyjścia 40 minut później ze zgrozą stwierdzilismy, że większość w restauracji (nie żadna hiper-trendy-lux!) wogóle nie przejęta była faktem, że za 20 minut NR, ba!, niektórzy dopiero co przeglądali kartę...
Niemniej, my udaliśmy się na główną ulice w Dziogno (.... - tak, zaraz koło mojego YBM) i przy rytmach tradycyjnych bębniarzy koreańskich z rozgrzanym tłumem rozpoczęliśmy Nowy Rok. Dla mnie było to wyjątkowe jakoże do tej pory Sylwestra spędzałam w okolicach Trójmiasta i na ogół w miejscach zamkniętych (2009 przywitałam na plaży koło Pucka (?) w bardzo przyjaznym, 4o osobowym gronie ^^), w tym roku było to daleko poza Gdynią, z innym językiem wrzeszczącym do ucha życzenia noworoczne i do tego dźwięk bębnów był bardzo 'kojący' na dudniącej K-popem scenie obok ulicy. No i tak wogóle to było jakies -10~~ Chyba byłam trochę (pozytywnie) odużona całością, ale szybko przemieścilismy się do ulubionego Hooker-hill i do klubu Queen, by troche potańczyć. W sympatycznej atmosferze czas szybko zleciał, poszlismy na zaranną kawę i potem hop taksówką na "tradycyjne ogladanie Wschodzu słońca na górze Namsan" - i to był mój hajlajt nocy!!
Taksówka dowiozła nas do pewnego momentu, potem trzeba było iść na piechotę i...poczułam się jak na pielgrzymce (na Jasna Górę~~^^). Pełnia Księżyca pzryświecała na jeszcze granatowym niebie, drzewa zasłaniające Seoul Tower robiły z niej kadr jak z fimów Fritza Langa, a masa ludzi szła w tych coraz jaśniejszych ciemnościach by przyjżec się pierwszemu słońcu w Nowym Roku.
(mnie osobiście księżyc skojarzył się z piłką ping-pongową i pomyślałam sobie, że Nowy Rok ze Starym grają właśnie w ping-ponga :-))
Pomimo -14 humory wszystkim dopisywały i większośc tłumu miała przygotowane aparaty, kamery, i-phony by uwiecznić "cud poranku".
ok 7:50 'mandarynka' pojawiła się na horyzoncie i tłum wpadł w szał, jakby zobaczył conajmniej "gwiazdę" (hehe^^) estrady... Przepychanki były niezłe by uchwycić w kadrze jak najwięcej~~
Bardzo podoba mi się ta 'słoneczna tradycja' i za rok też chciałabym to powtórzyć, tyleże chcę przejśc z 'pielgrzymką' na nogach od punktu A do Z.
A mniej więcej w tym samym czasie w Polsce szykowano się by przywitać Nowy Rok :-)
Ja ostatnio trochę odpadam fizycznie; śniegu sporo, gości mamy...o tym następnym razem.
Mam nadzieję, że i Wasz Nowy Rok zaskoczył Was czymś miłym.

p.s. na misskorea wrzuciłam trochę zdjęć z tego "wydarzenia" :-) TU i TU


Rok 2009 był dla mnie rokiem szczególnym, dużym krokiem do przodu (lub też dużym skokiem w bok, na Wschód ;-) ).
Na samym początku tego roku udało mi się spełnić jedno ze swoich większych marzeń; podróż do Azji a doładnie do Korei. A teraz spełniam (mam nadzieję..) dalszą jego część o której napiszę, jeśli i ono się spełni. I to jest moje życzenie na rok 2010 dla Wszystkich i dla siebie samej; dalsze kroki w realizacji marzeń.
Dzisiejszy dzień zaczął się nienajfajniej, głównie od strony finansowej...ZUSowi życzę wygrania w lotka i wyjazd poza nasz system słoneczny !
Dużo się ostatnio działo, przez co prawie wogóle nie było mnie w mojej norce, ale postaram się chociaż część nadrobić.
Ja zaraz lecę na mega odliczanie w Dziogno (tak, tak, blisko mojego YBM~~) a potem prawdopodobnie hop na Hooker-Hill .
Zostawiam was z mega hitem roku 2009, przed którym w końcu roku nie udało mi się obronić i opętał (a raczej 'oczarował') mnie całkowicie!
Chomik mówi Abracadabra!
Tańczyć, Tańczyć!! Całą noc ^__^
Tańczyć, tańczyć przez całe życie!!
Jakoś czasu zabrakło MNIE, by cokolwiek i GDZIEKOLWIEK napisać coś 'świątecznie'~~
Na wigilię się mocno spóźniłam -po raz pierwszy w życiu miałam szkołę 24. XII i to do 17ej!! Ale podoba mi sie ten pomysł, tylko mam już dosyć tych lekcji popołudniowych a w styczniu plan się nie zmieni! Co najwyżej ja mogę zmienic szkołę, ale nie znajdę takiej w Dziongno (종로) ani takiej do której spacerem miałabym 1,5 godziny (uwielbiam te moje spacery!!
). Mam blisko siebie YBM ale tam chyba koreańskiego nie mają, poza tym ZA blisko - byłabym dzień w dzień spóźniona!
2 dni temu spadł śnieg, wczoraj było -12 i pyszne słońce, dziś natomiast -2 i dość ponuro a i ja mam dość ponury nastrój.
Czemu świat nie może się zmienić? Tzn, czemu my- ludzie nie chcemy świata zmienić? Czemu nie chcemy pozbyć się tej durnej ekonomii, tej "5ej pory roku" która króluje przez cały rok??!!
Ja znam odpowiedź...
"Imagine"...
dziś z łóżka nie wychodzę!~~nie mam po co!

Od lat pijam zieloną herbatę, głównie japońską "sencia" (煎茶). Natomiast gdy jestem zaziębiona mój organizm domaga się 'czarnej'. I jeżeli chodzi o czarną, to też musi być z Chińskiego krzaka, nie z Indyjskiego. Nie mam nic do Indii, żeby było jasne! Poprostu Indyjskie herbaty sa dla mnie zbyt cierpkie, osadzają się na języku i na zębach i, jak dla mnie, są zbyt "perfumowane".
Będąc w Korei można by pomysleć, że skoro od 2000 lat ma 'bliskie' kontakty z Chinami i od ok. 1500 lat z Japonią - "kultura herbaciana" nie jest im obca. Ba! Koreańczycy rónież mają ceremonię herbacianą zwaną 'DARJE' (다례 - 茶禮). Chyba już kiedys wspomniałam o tym, że Koreańczycy wszystko co nie jest mięsem i co można zalać wrzątkiem wrzucają pod znak herbaty (茶). Tak więc stojąc w sklepie przy półce z 'herbatami' mam do wyboru; kukurydzianą, sezamową, imbirową, zieloną z ryżem (bardzo tu lubiana!), żeńszeniową, ze słodkiego ziemniaka, chryzantemową, zieloną zwykłą i jeszcze sporo innych i...na ogół czarnej nie spotykam. Chyba że jakąś 'Darjeeling' czy inna Indyjską, ale nie w każdym sklepie. Owszem, mogę pójść do dobrego sklepu ale cena na moją obecną kieszeń nie będzie zbyt dobra. Dlatego, do tej pory, kupowałam czarną herbatę za 1000 łonów (ok 2,50 ^^) w sklepie DAISO, który jest "pochodzenia" Japońskiego. Można w nim kupić praktycznie wszystko co do domu potrzebne i w dodatku więksość cen jest od 1000 do 3000 łonów. Do tego sklep jest tuż pod moim nosem! Ale od 2 tygodni, (wtedy kiedy zaczęło sie moje przeziębienie) czarna herbata w DAISO zniknęła z półki. Po kilku dniach sprawdzania czy już wróciła na swoje miejsce, poddałam się i zaczęłam "szukać czarnej herbaty w Seulu". I odkryłam jak mało znaczącą rolę ma czarna herbata - przynajmniej w moim okręgu. W większości sklepów poprostu jej NIE MA. Jedna sprzedawczyni gdy ją o 'czarną' zapytałam, uśmiechnęła się pobłażliwie i leniwie odp, że "nie mamy :-)"
W innym sklepie pan najpierw odpowiedział, że "nie", ale zamyślił się na moment poczem pokazał mi... granulowaną herbatę Lipton. O_O
Widząc, że nie "kręci" mnie to, wskazał na okno gdzie stał sobie Lipton w torebkach - juz lepiej, ale Lipton to Indyjska 'czajka'~~~~ do tego 3 razy droższa od tej z DAISO!
Tak więc chorobę przeszłam pijąc rozgrzewającą się 'herbatą' imbirową na przemian z 'herbatą' judzu. Dopiero wczoraj, gdy już chwalebnie powróciłam do chodzących i do YBM, przypomniałam sobie że w pobliżu szkoły też jest DAISO. Poleciałam zaraz po zajęciach i zobaczyłam z 5 opakowań - wzięłam jedno, ale chyba jutro 'na wszelki wypadek' dokupię jeszcze 2!

BOŻE!BOŻE!BOŻE! Czemu mi na to pozwalasz??!! ~ kolejna obsuwa z wpisem, kolejny raz nie pamiętam że "mam" bloga!~~ 19.XII ~~
Dokładnie 2 tygodnie temu wybrałam sie na moją "wycieczkę wizową" do Japonii, do Simonoseki w pefekturze Jamaguci. Droga z Seulu prowadzi pociągiem do Busanu a potem promem. Z Busanu można trafić do kilku miast w Japonii (m.in. do Fukuoki i na wyspę Tsusimę), ja natomiast od wielu lat zafascynowana jestem wyspa Kjusiu a także miastem Fukuoką (inna nazwa Hakata - fajna nazwa, co nie?!) i sympatycznym dialektem tego regionu tzw. Hakata-ben. Dlaczego zawsze chciałam do Fukuoki? Gdy miałam 12 lat oglądałam na stacji RTL2 japoński serial o siatkarkach i moja ulubiona bohaterka, Kakinuci, była właśnie z Fukuoki! ![:-] :-]](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile23.gif)
Ale niestety, Jen skoczył do góry, porównałam ceny i wyszło na to że lepiej będzie jak pojadę do Simonoseki. I chyba db zrobiłąm, gdyz Simonoseki jest o wiele (ba!) starszym miastem od nieco dalej oddalonej Hakaty a przez to historia miasta i jego zabytki sa nieco bogatsze. Otóż Simonoseki jest miastem gdzie miała miejsce walka (XII wiek~) między dwoma wielkimi klanami; Minamoto i Taira.
Zdjęcia + mały opis wrzuciłam na misskorea, a ja tymczasem skupię się na bardziej 'tragicznej' stronie wyprawy, tj. jak o mały włos nie umarłam z wycieńczenia w Busanie;
Na całą wycieczkę; miałam 3 dni i 2 noce, z czego 2 noce na promie a 1 dzień zwiedzania, reszta to dojazd/powrót. Prognozy pogody miała byc fajna - w końcu dalej na Południe, więc gibbon zapakował się w jedną torbę (Jack&Jill rulz!) a na siebie kubraczek + moja sławna apaszka Indyjska. Fundusze baaardzo ograniczone więc na wszelki wypadek wzięłam 'wiewiórcze zapasy'. Na promie sympatycznie, było nas w kabinie zaledwie 5 bab, w tym dwie Koreanki z branży. Wieczorem poszłam do coś a la łaźni Koreańskiej (dzimdzil bang), ale było bez sauny - tylko prysznice i 2 brodziki z gorącą i wrzącą (chlorowaną) wodą. No i ja oczywiście wlazłam do brodzika, popluskałam kopytkami, pośpiewałam sobie do chloru i po paru minutach, zmęczona gorącem, wyszłam. Błąd to był - z perspektywy czasu. Zapomniałam że moje oczy źle reagują na chlor zwłaszcza gdy zaraz po kąpieli idę spać. Efekt? Totalnie spuchnięte gały o poranku i opuchlizna za nic przez kilka godzin nie chciała zejść.
Przy 'przejściu granicznym' w Japonii zostawiłam swój odcisk palca miłej pani celnik, a potem przy 'analizie' mojego skromnego bagażu inna pani celnik zainteresowała się białą 'gajdzinką' (byłam na promie JEDYNYM osobnikiem rasy nie-Azjatyckiej!) i poprosila bym poszła z nia za kotarkę i zapytała; "Can I touch you?" Jakże mogłam odmówić ~~ ;-D
Potem kupiłam całodzienny bilet autobusowy na wszystkie atrakcje (błąd!)Simonoseki, przez co stać mnie było tylko na poranną kawę (8.30) w Mr. Doughnut ( ucieszyła mnie dolewka! ^^) a itak obejrzałam tylko 30 % tego na co bilet pozwalał.
Po kawie, doszło do mnie że nadal jestem w Azji, ale tym razem jestem w Japonii. Jestem w JAPONII!! W kraju do którego ciągnęło mnie od...12 roku życia??~~ Uśmiechnęłam się do siebie. Potem zdałam sobie sprawę, że Simonoseki jeśli chodzi o turystów jest nastawione głównie na Koreańczyków i Chińczyków, i przez co praktycznie żadne 'drogowskazy'/plany/mapy nie były po angielsku. Zaczęłam odgruzowywać swój Japoński - rozumieli mnie a ja zdałam sobie sprawę, że NAPRAWDĘ jestem w Japonii. Uśmiechnęłam się znowu do siebie ^^
Gdy kofeina obudziła mnie całkowcie ale przestała być w swojej początkowej temperaturze (pyszny,gorący kubeczek~~) zdałam sobie sprawe że jest ZIMNO! Wiało, dmuchało, chmury walczyły ze słońcem o miejsce na niebie i groziły deszczem. Brr! Jakaś pani wysiadająca z autobusu powiedziała żartobliwie do swojej kumoszki; "sudzusii" (chłodno~~ -_-).
Zwiedziłam parę staroci, pogadałam z karpiami, pogruchałam do becika i do wózka, a małemu pieszemu mieszkańcowi pochwaliłam się prosiaczkiem (tak, wzięłam go ze sobą! ^^).
Raz weszłam do jakiegoś sklepu z bibelotami tylko po to by ogrzać ręce (po co brać rękawiczki, w końcu 6 grudnia~~!) - spędziłam tam pół godziny. Db, że sklep miał naprawdę ciekawy asortyment i co zwróciło moja uwagę to, to że pomimo wysokich (japońskich) cen, większość produktów była...MADE IN CHINA! hmm...
Trafiłam na prom zziębnięta ale nie specjalnie głodna, pomimo iż w ciągu dnia zjadłam 1 persimona przytachanego z Korei i 1 batonika + troche sałatki ryżowej. Wieczorem znów poszłam do tej nieszczęsnej łaźni. Myślałam, że po całym dniu łażenia + ciepełko łaźni + przyjemne bujanie, zasnę jak niemowlak, ale gdzie tam! Adziummy (było ich wsumie6 +4 młode - w tym ja) darły jape do północy i potem od 6 rano~~ Znów obudziłam się spuchnięta a do tego doszło cos w rodzaju kataru?..? W gardle jakas gula?..?
W Busanie okazało się, że nie mam pieniędzy na powrót do Seulu (ani na pociąg ni na autobus) ponieważ przy wejściu na prom (i w Korei i wJaponii) trzeba było jakis "boarding tax" zapłacić o czym miła pani sprzedająca mi bilet mnie nie poinformowała - wsumie prawie 40.000 łonów(ok 100 zł) tego podatku, czyli 2 bilety autobuseowe Busan, <-> Seul~~~~
Ponieważ było wcześnie rano w Korei = początek głębokiej nocy w Polsce, czyli Mumin śpi i nie ma kto mnie poratować w tej sytuacji. Miałam trochę na karcie i troche w kieszeni, więc z tym w kieszeni poleciałam do kafejki internetowej i wysłałm odpowiedniego mejla z dopiskiem, iz za 8 godzin liczę na odp. A ja w tym czasie zasiadłam w Lotte (Kor wersja McD) na termianlu autobusowym i zamówiłam sobie kawę i frytki, i zaczęłam czytać "My old sweetheart" (słowo daję, nie wiem ile miesięcy już tę opowiastke czytam!). I nagle poczułam uderzenie gorąca. Potem dreszcze. Jakiś kaszel, katar, plecy zaczęły mnie boleć. Se myślę, pięknie, TA grypa - mój zmęczony i niewyspany organizm nie miał siły walczyc z prosiakiem a ja gdzieś poza domem, w jakims nieznanym mi Busanie, zupełnie sama, bez pieniędzy, bez telefonu (bo mi się rozładował) ...ale z witaminami i gripexem! Po paru godzinach, nadal drżąca i coraz bardziej zmęczona, poszłam spr mejla i co ja widzę? PUSTO! Stres zaczął mącić mi w głowie, napisałam jeszcze parę mejli z kolejnym dopiskiem, że wrócę za godzine by znów spr. Poleciałam do łazienki i łzy przerażenia, rozpaczy, zimna, zmęczenia zaczęły lecieć z tych moich spuchniętych oczu TT_TT "Umrę tu "- myślałam."Już po mnie!" Starałam się sobie wytłumaczyć, że to żadna TA grypa, że to poprostu stres i zmęczenie (niedospanie!!!). Ale fakt, że miałam tylko tyle gotówki żeby przejechac się metrem w jedna stronę (jak juz będe w Seulu) albo na jedną, OSTATNIĄ sesję w kafejce intrnt! Dzięki Bogu bateria w mp3 była silniejsza odemnie i na uspokojenie bdb na mnie działa "Indu" Adhama Shaikh. 
Wróciłam do żywszych. Odebrłam mejla - tym razem aż za dużo mejli! Wróciłam do żywych gdy wyjęłam odp. kwotę z bankomatu i wyruszyłam metrem w stronę dworca kolejowego, na którym czekał na mnie KTX (tak,tak, burżujka zemnie, szybką koleja się wozić^^). Niecałe 3 godziny i o 23.40 byłam w Seulu i jeszcze zdążyłam na metro, które zawiozło mnie do mojej- wytęsknionej już - norki w HD.
Wzięłam aspirynę i zasnęłam miło, błogo i szybciutko :-)
...
2 tygodnie później - nadal walczę z jakims zaziębieniem. W tym tygodniu 4 dni (!!!!) nie było mnie w YBM!!! O_O Jak raz mnie coś chwyci to łatwo nie puszcza!
->> zaczęłam pisać 4 grudnia, ale nie skończyłam więc dzisiaj(10.XII) kończę ^^
Bezsenności ciąg dalszy tyleże codziennośc staje się przez to nieco bardziej uciążliwa; we wtorek, po nieprzespanej nocy podczas której to kułam zaległości gramatyki koreańskiej, zerwałam się by na 10 trafić do YBM na test, dzieki któremu byłabym w innej, porannej grupie (o 11.00~idealna godzina dla gibbona!
). Oczywiście pędziłam na piechotę gdyż brak gotówki nie pozwalał doładować T-money na metro. Chwilami wręcz pędziłam niczym koń stepowy! Świeżość poranka i świeżość mojej zbyt dużej ilości makijażu powodowały - miłe dla mnie- zatrzymania męskich oczu na mej jaśniutkiej od słońca ( i nie wyspania!) buźce ^^
A w YBM okazało się, że testu nie będzie, gdyż grupa o 11.00 nagle się rozwiązała... Śliczna pani w sekretariacie zaproponowała mi bym, w takim razie, przeskoczyła w górę cały 1 miesiąc (
) mimo iż godzinowo nadal będę o 15.00, a to ponieważ mojego obecnego poziomu z 15.00 też już nie ma (??O_O). Tak więc zasiadłam w jednym z 'boxów' na VIII piętrze i próbowałam "nadrobić 10 lekcji z nowej książki"~~~~ Pocieszałam się jedynie tym, że wedle planu lekcji, nadal będę mieć zajęcia z panną Jun ^__^
O 14.50 przed klasą zebrało się kilka znajomych twarzy, które - podobnie jak ja - dostały propozycję nie do odrzucenia...
A potem przyszła nauczycielka - i nie była to panna Jun 
Trochę jestem przerażona- dużo materiału (cały miesiąc = 10-11 lekcji!) i do tego nauczycielka co nadaje piskliwym głosem jeszcze szybciej od panny Jun!...
Jutro wyjeżdżam do Japonii...wizowo...(bo dr YBM twierdzi, że nie może wystawić mi zaświadczenia że uczęszczam do YBM, co umożliwiłoby mi otrzymanie wizy D-4 tu w Seulu. Dlaczego? "bo YBM nie jest uniwersytetem". A ambasador Korei w Polsce, w rozmowie telefonicznej z moją Mamą twierdzi, że każda prywatna instytucja naukowa może taki dokument wystawić - no iiiii????- o wizie c.d.n)
...w związku z tym w poniedziałek nie będzie mnie na zajęciach :-/ kiepsko to widzę.
Leje.
...
Lubię deszcz, ale mialam w planie dłuuugi spacer, żeby mieć pewność że dziś znów jak szczeniak zasnę~~~
A padać będzie pewnie do rana...
To chyba już koniec bezsenności z jaką się borykałam przez ostatnie tygodnie (3??) - a ostatnio to przeszłam samą siebie w tej kwestii: leżałam w łóżku (na tym elektrycznym materacu - 'imao' ^_^~) do 4.30 próbując zasnąć i stwierdziłam, że d...a! Poszłam do kuchni i naładowałam cały talerz ryżu, 'zalałam' keczupem, gokudziangiem (sos z ostrej papryki....) i sosem sojowym, popiłam judzią i wzięłam -3-ą tej nocy -Valerinę. Nie pamietam kiedy kimnęłam, ale chyba długo to nie trwało ^^ A następnego dnia musiałam wstać o 9.00(!!) gdyż miałam z koleżanka telefon mój załatwiać...Jak się okazało koleżanka najpierw musiała pójść do szpitala i to szybko!
(a czemu to nieważne, wszystko ok - prawdopodobnie~~)Trafiła do najdroższego z możliwych - Yonsei Severance Hospital, który od zewnątrz i wewnątrz wygląda jak biurowiec i nie śmierdzi w nim "szpitalem". Były z nami 2 Rosjanki, które mialy pomóc w tej biurokratycznej (taaak!) plątaninie, która kazała nam od szpitala do punktu wyjścia kręcić się przez 4 godziny, a w między czasie jeszcze obskoczyłysmy fryzjera z koleżanką z Tajwanu.
Potem poszliśmy na wycieczkę do Wioski Tradycyjnej pod Nam San a potem na samo NamSan - ja jako jedyna z owego grona byłam tam (nie raz!), ale ciemną nocą trudno mi było sobie przypomniec jak dojść na Seoul Tower, przez co błądzilismy na wilgotno-chłodno-świeżym powietrzu zbyt długo i zaczęło mi się wszystkiego odechciewać. Poczułam ból w stopie a przez to zmęczenie. Żeby nie grymasić wrzuciłam na uszy słuchawki i mój hit dni ostatnich "Dzini"(długo się opierałam tym dźwiękom, ale w efekcie i mnie dopadło!).
Do wieży jakoś doszliśmy, oni poszli na górę oglądać "Seoul by night", a ja sącząc już 3ą kawę dnia, obserwowałam jak para młodych kochanków przystraja różowe serduszko, które potem zamkną na kracie wieży...
~~~
~~~
Więcej zdjęć TUTAJ.
Potem znowu 'kimbapowaliśmy' (od daaawna tyle nie jadłam w jednym dniu ;-)) i nie spóźniliśmy się na ostatnie metro! Do norki w HD (Hong-De) trafiłam przyjemnie zmęczona i udało mi się 'wejść dogłębnie wemnie' jeszcze przed 2ą!![:-] :-]](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile23.gif)
Projekty się znalazły, sprawa wizowa nagle jaśniej świeci (ale o tym jak już się chwalebnie z tym uporam!) a w łikend odkryłam, że mój makijaż nie spływa zemnie po 15minutach w ścisku, uścisku i wymachiwania kolankami i łapkami. Makijaż świetnie się 3mał aż nad ranem wlazłam do metra. Czemu? A więc 'kluby' w Itejłon (...) są klimatyzowane, przez co człowiek nie poci się (pomimo niemiłosiernego tłoku!)za byle podnieseiniem ręki. Niby tych klimatyzowanych pomieszczeń nie znoszę, ale jeśli chodzi o pląsanie to na polskich parkietach zawsze zastanawiałam się, "czemu nie otworzyć więcej okien?" "Czemu cała przyjemność tańczenia znika gdy nagle jakiś spocony kolo niechcąco muśnie (blee!) mnie plecami, lub też gdy idę do łazienki i widzę siebie w lustrze?"~~~~
Dodatkowo, żadnej ochrony, żadnych 'wstępów', żadnych bramek - pełna 'coolturka' . Do tego piękne ciasteczka (TT__TT) porozrzucane na ulicy ^_____^
A wszystko za sprawą Martelli, która patriotycznie przygarnęła 'starszą siostrę' i wyrwała z mojej samotniczej, ostatnio, norki w HD i zafundowała połowę nocy ~~~~ Martella też prowadzi bloga - podrozezusmiechem.blox.pl
teraz czekam na odp od dyr YBM...
p.s. a pod sam koniec imprezki, nie wiem jakim cudem (!?!), dojrzałam 100 łonów (około 30gr~~) leżące pod kanapą wśród rozbitego szkła (chyba ja je rozbiłam...
), w wodzie... Niby nic, ale jak ja to maleństwo dojrzałam??? Ucieszyłam się, bo w chwili obecnej każdy łon mile widziany. Opatrzność nadal czuwa
Od kilku tygodni mam bardzo mieszane emocje; bardzo pozytywne i mocno negatywne, i jest to razem przemieszane, i zmienia się co godzinę, wpływa na siebie z każdym wdechem by znów się zmienić z wydechem. Stąd uważam, że jestem zrównoważona - jest równowaga; ani za dużo w jedną ani w drugą, i db mi z tym.
Jestem w stanie przewidziec swoje reakcje i nie boję się, że mogę sama siebie zaskoczyć (...). Opanowałam sztukę opanowania (hehe, haha!
). Z 'gorszych' stron życia - nie sypiam najlepiej...może dlatego, że ostatnio nie chadzam do YBM na piechotę i moje ciało nie zasługuje na odpoczynek~~~
A teraz do rzeczy. W Korei PANDEMIA! Na każdym kroku widzę ludzi w maskach. W większości miejscach publicznego użytku wystawione są żele antybakteryjne, które są "lansowane" w reklamach przypominających o higienie w "walce ze świnią".
W Helsinkach, bardzo przezornie, kupiłam sobie taki żel i starczył mi aż do listopada. Ostatnio kupiłam nowy - i to klasycznie KAŁAII, KŁIJOŁOJO, KJUTNY ..... 
A u Chomika mój najnowszy 'rytm każdego dnia', który nie jest aż tak nowy, ale dla mnie bardzo. Thanks KANDEE
!!
Ciepłego i udanego łikendu!
G
wtorek, 9 lutego 2010
tyle gości w gaju: 6830
Pochodzę z Gdyni, ale pomieszkuję w Seulu. Ten blog jest o tym wszystkim co jest w Polsce i Korei i tym co po drodze i dookoła. Zapraszam do czytania i komentowania ^_^

Jestem dla siebie najlepszym sojusznikiem i najsprytniejszym wrogiem jednocześnie.
Studiuję Orientalistykę i nie mam zamiaru na tym kończyć!
Bogate plany na przyszłośc? - A jak!!
^_^
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: